W #HerPlace zaglądam tam, gdzie kończy się turystyczna pocztówka, a zaczyna prawdziwe życie. Nie interesuje mnie to, co widać na zdjęciach z podróży. Chcę wiedzieć, co dzieje się później. Gdy walizka jest już rozpakowana, gdy mija pierwszy zachwyt i gdy trzeba zbudować codzienność od zera. Tym razem kierunek: Zanzibar i historia Natalii Gorzelany.
W artykule przeczytasz:
- dlaczego Zanzibar to znacznie więcej niż rajskie plaże i czego większość turystów o nim nie wie,
- jaki jest największy mit na temat tej wyspy i czy życie tam jako kobieta naprawdę jest niebezpieczne,
- co najbardziej zaskoczyło Natalię po przeprowadzce i z czym najtrudniej było się zmierzyć na początku,
- jak naprawdę wygląda codzienność poza kurortem – od podejścia do czasu po przerwy w dostawie prądu,
- za co najbardziej ceni życie na Zanzibarze i co wciąż daje jej w kość,
- w którym momencie poczuła, że to właśnie to jej miejsce na ziemi,
- ile kosztuje życie na wyspie – z perspektywy lokalnych mieszkańców i z perspektywy Europejczyka,
- co mówi osobom, które marzą o przeprowadzce na Zanzibar,
- oraz jak chciałaby, żeby ta wyspa wyglądała za kilkanaście lat i o czym sama jeszcze marzy.
#HerPlace: Zanzibar jako miejsce do życia
#HerPlace to rozmowy o codzienności w miejscach, które większość z nas zna tylko z marzeń. O tym, jak mieszka się w kulturze, której trzeba uczyć się od podstaw – w rytmie lokalnych zwyczajów, w miejscu, które z zewnątrz wygląda jak wakacyjny sen. O wyborach, które bywają ryzykowne i niezrozumiałe dla bliskich, ale pozwalają budować własny świat na własnych zasadach.
Przeczytaj też: #HerPlace: Zostawiła Polskę dla Sri Lanki. „Raj też ma rachunki”
Historia Natalii Gorzelanej
Z zewnątrz wygląda znajomo: błękitne morze, białe plaże, zapach przypraw unoszący się w wąskich uliczkach Stone Town. Ale Zanzibar to nie tylko tło do zdjęć. To miejsce z własnymi zasadami i własnym rytmem, którego nie da się pojąć z perspektywy tygodniowego all-inclusive. A Natalia Gorzelana wie o tym lepiej, niż ktokolwiek.
Poleciała na wyspę i… została. Nie miała gotowego planu, ale poczuła coś, czego nie potrafiła zignorować. Dziś prowadzi agencję marketingową skupioną na turystyce, współtworzy agencję organizującą wyjazdy na Zanzibar z safari i oprowadza grupy po wyspie – z perspektywy, której nie znajdziesz w żadnym katalogu biur podróży.
Formalności? W toku. Stały pobyt na Zanzibarze wymaga spełnienia konkretnych warunków – posiadania nieruchomości, ślubu z obywatelem Tanzanii albo zarejestrowanej firmy. Żadna z tych dróg nie jest prosta. Natalia wybrała tę trzecią i właśnie przez nią przechodzi. Ale to, że przeprowadzka wciąż trwa na papierze, nie zmienia faktu, że wyspa już dawno stała się jej domem.
Jak to wygląda naprawdę? Zapraszam do przeczytania rozmowy z Natalią Gorzelaną (@podroznaetacie).

Natalia Gorzelana, fot. archiwum prywatne
Natalia Gorzelana w rozmowie z lamode.info opowiada o życiu na Zanzibarze
Joanna Andrzejewska-Sarnowska: Czego o Zanzibarze większość z nas nie wie?
Natalia Gorzelana: Zanzibar to nie tylko rajskie plaże, ale miejsce z bardzo głęboką tożsamością. To wyspa, gdzie od setek lat przenikają się kultury Afryki, Arabii i Europy. Spacerując po Stone Town można poczuć tę historię niemal fizycznie – na przykład w zapachu przypraw, w architekturze, w dźwiękach ulicy.
Jak brzmi największy mit na temat Zanzibaru, jaki kiedykolwiek usłyszałaś?
Że to niebezpieczne miejsce dla kobiety. Powiem ci, że to w ogóle jeden z najczęstszych mitów, z jakim się spotkałam, gdy leciałam pierwszy raz sama na dłużej. Oczywiście – jak wszędzie na świecie – trzeba mieć zdrowy rozsądek. Niemniej Zanzibar jest w dużej mierze spokojny, a ludzie są niezwykle życzliwi i pomocni. Jako kobieta wiele razy spotkałam się z troską. Obcy ludzie poświęcali mi swój czas, aby się upewnić, że bezpiecznie trafie do celu lub sprawdzali czy nie potrzebuję pomocy. W Polsce nigdy się z tym nie spotkałam…

Mieszkańcy Zanzibaru, fot. archiwum prywatne
To już znam jedną rzecz, która według Ciebie wyróżnia Zanzibar na tle chociażby naszego kraju. Chciałabym jeszcze dowiedzieć się, czym ta wyspa różni się w porównaniu do innych rajskich zakątków?
Powiedziałabym, że tu wciąż czuć prawdziwe życie. To nie jest tylko resortowy świat zamknięty dla turystów. W wielu rajskich miejscach, jak na przykład w Dominikanie, często niebezpiecznie jest wyjście poza hotel. Na Zanzibarze śmiało można opuścić resort, wyjść kawałek dalej i zobaczyć lokalne wioski, targi, codzienność mieszkańców. Większość lokalsów jest bardzo otwarta i komunikatywna, a w dodatku sporo osób mówi po polsku! Zdradzę też pewien fakt… Zanzibarczycy bardzo lubią Polaków.
Co w takim razie najbardziej zaskoczyło Cię po przeprowadzce?
Jak bardzo zmienia się podejście do czasu. Tutaj „zaraz” może oznaczać godzinę albo pół dnia. Na początku to potrafi frustrować, bo jesteśmy przyzwyczajeni do kontroli i planowania, ale z czasem zaczynasz rozumieć, że nie wszystko musi być „na już”. Zaskoczyła mnie również duża uprzejmość mieszkańców względem mnie samej.
Co było najtrudniejsze przez pierwsze miesiące?
Najtrudniejsze było odpuszczenie kontroli i zaakceptowanie tego, że nie wszystko działa jak w Europie – od transportu po organizację dnia. Kolejną trudną rzeczą były i nadal są braki w dostawie prądu, ale to wątek chyba na książkę. Rząd codziennie wyłącza prąd w różnych miejscach na wyspie po to, aby przedsiębiorcy musieli kupować hektolitry paliwa do agregatów, to naprawdę trudny temat…
A najłatwiejsze?
Wejście w ten klimat. Słońce, ocean, ludzie – to wszystko bardzo szybko sprawia, że zaczynasz zwalniać i oddychać inaczej.
Za co dziś najbardziej cenisz życie na Zanzibarze, a co wciąż daje Ci w kość?
Najbardziej cenię prostotę, spokój i lokalne „Hakuna matata’ czyli nie ma problemu. To, że dzień nie jest przeładowany, że jest przestrzeń na bycie, a nie tylko robienie. Cenię także proste i bardzo zdrowe jedzenie. Jakość warzyw i owoców jest nieporównywalna z tym, co my mamy w sklepach w Polsce. A co daje w kość? Chaos organizacyjny i brak przewidywalności. Czasem rzeczy, które „powinny” być proste, zajmują dużo więcej energii. No i nadal te przerwy w dostawie prądu i panująca ciemność na ulicach wieczorami.

Targ na Zanzibarze, fot. archiwum prywatne
Czego Ci brakuje na Zanzibarze?
Dostępności i wygody, do której przyzwyczaiła nas Europa. Czasem zwykłych rzeczy – szybkiego internetu, produktów „od ręki”. I momentami też ludzi, którzy myślą podobnie. Brakuje mi także usług na lepszym poziomie. Mam na myśli chociażby kosmetyczkę, fryzjera czy dostęp do lekarzy – specjalistów.
W którym momencie poczułaś, że to Zanzibar to Twoje miejsce na ziemi?
W momencie, kiedy przestałam porównywać Zanzibar do Europy. Kiedy przestałam oczekiwać, że będzie „tak jak u nas” i zaczęłam go przyjmować takim, jaki jest. Wtedy wszystko zaczęło się układać. Przyszedł pewien dzień kiedy się rozpłakałam i poczułam jaką presję europejską nosiłam na barkach. Zanzibar to dla mnie miejsce, w którym jestem prawdziwą sobą i czuję się 100% akceptowana i wystraczającą, w Europie cały czas za czymś musiałam gonić. A to nowy kurs edukacyjny, a to kolejne drogie wyjścia ze znajomymi, a to marzenie o super drogim aucie… tutaj się ze wszystkiego odczarowałam.
Zapytam jeszcze o ulubioną lokalną potrawę i miejsce.
Jedzenie? Naprawdę świeże owoce morza oraz zanzibarskie curry, które smakuje zupełnie inaczej, niż smak jaki znam z Tajlandii. Ulubione miejsce to najpiękniejsza – według mnie – plaża Kendwa. Tam przyleciałam na Zanzibar pierwszy raz i zakochałam się bezpowrotnie!
Czy życie na Zanzibarze jest drogie?
Dla mieszkańców życie jest tanie, ale zarobki są bardzo niskie i trudno się czegoś dorobić. Większość PKB to turystyka, a sporo resortów prowadzą zagraniczni inwestorzy. Dużo lokalsów tam jednak znajduje zatrudnienie. Moi znajomi w hotelach pracują po 26-27 dni i zarabiają ok. 200 dolarów miesięcznie. Jeśli jednak ugryźć temat ze strony Europejczyka, życie tutaj jest tańsze, niż w Polsce. Niemniej wszystko zależy od standardu i lifestyle’u. Jeśli ktoś chce mieszkać w fajnym mieszkaniu o europejskim standardzie, to miesięczny czynsz za wynajem wyniesie go minimum 900 dolarów.
A czy jest bezpiecznie?
Jak wspomniałam, Zanzibar jest raczej spokojnym miejscem, szczególnie turystycznie. Kluczowy jest zdrowy rozsądek, jak wszędzie na świecie.

Natalia Gorzelana z mieszkańcami Zanzibaru, fot. archiwum prywatne
Co powiedziałabyś komuś, kto marzy o przeprowadzce na Zanzibar?
Przyjedź najpierw na dłużej – nie na wakacje, tylko „na życie”. Zobacz, czy potrafisz funkcjonować w innym tempie, bez kontroli, w innej kulturze. Bo to nie jest ciągłe all inclusive. To zupełnie inna rzeczywistość.
Jak chciałabyś, żeby Zanzibar wyglądał za 5, 10 czy 20 lat?
Chciałabym, żeby rozwijał się świadomie i żeby rząd zaczął dbać o wyspę. Niestety ogromnym problemem na Zanzibarze jest abstrakcyjna ilość śmieci. Leżą one wszędzie i lokalni ludzie nie są wyedukowani w tym temacie. Dlatego moim małym marzeniem jest, aby to się kiedyś zmieniło i aby politycy wprowadzili edukacje na temat ekologii.
O czym jeszcze marzysz?
O równowadze, żeby móc łączyć dwa światy – europejski i afrykański – i czerpać z obu to, co najlepsze. Łącznie tych światów jest na dziś dość kosztowne i wymagające. Ciągła papierologia, drogie loty i jakaś taka niepewność czy rząd tanzański nie wprowadzi nagłych zmian dla obcokrajowców.
Przeczytaj też: #HerPlace: Zamieniła newsroom na tropikalną wyspę. Tego o Malediwach nie wiedzą turyści

Natalia Gorzelana, fot. archiwum prywatne
