Logotyp serwisu lamode.info

[Exclusive]: Marieta Żukowska dostała rolę we włoskim filmie, który miał premierę na Festiwalu w Taorminie. „Wtedy nie mówiłam po włosku ani słowa”

Miłej lektury!

[Exclusive]: Marieta Żukowska dostała rolę we włoskim filmie, który miał premierę na Festiwalu w Taorminie. „Wtedy nie mówiłam po włosku ani słowa” 204794

Włoski film z udziałem Mariety Żukowskiej znalazł się w prestiżowym gronie zaledwie dziesięciu produkcji pokazanych podczas festiwalu filmowego na Sycylii – wydarzenia, które gościło takie gwiazdy jak Russell Crowe, Jane Campion czy Helen Mirren. Tak wąska selekcja to w branży filmowej realne wyróżnienie. A cała historia ma drugie dno: aktorka nie znała włoskiego, a mimo to otrzymała rolę w pełnometrażowej produkcji, w której przyszło jej wygłaszać długie monologi właśnie w tym języku. Marieta Żukowska opowiedziała mi o pracy nad filmem „Limoni a Varsavia”, premierze podczas Taormina Film Fest oraz o tym, jak wygląda zderzenie polskiego doświadczenia z włoską kulturą filmową.

W artykule przeczytasz o:

  • jak doszło do jej udziału w międzynarodowej produkcji i dlaczego sama była zaskoczona propozycją od włoskiego reżysera;
  • w jaki sposób nauczyła się wielostronicowych dialogów po włosku, mimo że wcześniej nie znała tego języka;
  • dlaczego „Limoni a Varsavia” jest czymś więcej niż komedią drogi i jakie tematy kryją się pod lekką, humorystyczną formą;
  • jak wyglądała prezentacja filmu podczas Taormina Film Fest, jednego z najważniejszych wydarzeń filmowych we Włoszech;
  • czym różni się włoski plan zdjęciowy od polskiego i jak pracuje reżyser Bruno Colella;
  • jak włoska publiczność przyjęła produkcję oraz jak odbiera polskich aktorów;
  • jakie zabawne sytuacje wydarzyły się na planie, od zdjęć nad Bałtykiem po różnice temperamentu między Polakami a Sycylijczykami;

Marieta Żukowska ze swoim włoskim filmem na festiwalu filmowym na Sycylii

„Limoni a Varsavia” to włoska komedia drogi w reżyserii Bruno Colella, której akcja prowadzi widzów z Warszawy do Włoch. Historia dwóch kuzynów próbujących uratować prowadzoną w Polsce restaurację łączy humor, kulinarne motywy i opowieść o powrocie do korzeni. Film został zaprezentowany podczas tegorocznego Taormina Film Fest, czyli jednego z najbardziej prestiżowych festiwali na świecie, który odbywa się w słynnym antycznym teatrze na Sycylii. W obsadzie znaleźli się m.in. Marieta Żukowska, Antonino Bruschetta, Roberto De Francesco, Nino Frassica, Denise Tantucci czy Anna Cieślak.

Jesteś ciekawa szczegółów? Z Marietą Żukowską rozmawiam o nieoczekiwanej propozycji zagranicznej roli, nauce włoskich kwestii oraz pracy na planie produkcji, która połączyła dwa filmowe światy.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez marietazukowska (@marietazukowska)

Przeczytaj też: [Exclusive]: Marieta Żukowska łączy siły z L37. O współpracy i kobiecej sile rozmawiam z aktorką i projektantką marki

Marieta Żukowska w rozmowie z lamode.info przybliża świat włoskiego kina 

Joanna Andrzejewska-Sarnowska: Jak to się stało, że zagrałaś we włoskim filmie?

Marieta Żukowska: Podczas Festiwalu Filmowego w Taorminie zapytałam reżysera Bruno Colellę, jak w ogóle mnie znalazł. Odpowiedział, że polecił mnie mu Krzysztof Zanussi. Co ciekawe, nigdy wcześniej z nim nie pracowałam. Później Bruno obejrzał filmy z moim udziałem i utwierdził się w swoim wyborze. Dodatkowo zarekomendowała mnie Katarzyna Skórska, wieloletnia asystentka Andrzeja Wajdy.

Mówisz w tym języku?

Wtedy? Ani słowa. To było więc dla mnie prawdziwe wyzwanie aktorskie. Najpierw jednak bardzo się ucieszyłam, bo od dawna marzyłam o pracy na włoskim planie. Kocham ten kraj. Uważam, że każdy jego zakątek jest wyjątkowy – gdziekolwiek pojedziesz, dostajesz coś zupełnie innego: inną energię, krajobraz, atmosferę. Włochy to zdecydowanie jedna z moich największych miłości. Zresztą mam tam dom.

Producenci wiedzieli, że nie znasz włoskiego?

Tak, wiedzieli, ale bardzo zależało im, żebym zagrała tę rolę. Kiedy przeczytałam scenariusz, oblał mnie zimny pot na widok liczby monologów, które miała moja Zosia. We włoskich filmach aktorzy mówią znacznie więcej niż w polskich – dialogi są po prostu o wiele bardziej rozbudowane. A moja bohaterka właściwie nie przestaje mówić, ale właśnie na tym opiera się jej szalony charakter. Miałam więc osiem miesięcy, żeby oswoić się z włoskim. Na szczęście reżyser doskonale rozumiał, że potrzebuję tego czasu, by nauczyć się swojej bohaterki – zarówno w przenośni, jak i dosłownie.

Jestem ciekawa, jak uczyłaś się swojej roli. Według mnie 8 miesięcy to i tak nie jest dużo czasu, by opanować obcy język.

Pierwsze zdjęcia kręciliśmy niedaleko Neapolu. W moim przypadku była to tylko jedna, krótka scena, więc dałam radę. Kolejne zdjęcia z moim udziałem zaplanowano dopiero kilka miesięcy później, miałam więc czas na naukę. Na szczęście już podczas pierwszego dnia zdjęciowego poznałam Denise Tantucci – utalentowaną, wschodzącą gwiazdę włoskiego kina. Bardzo się polubiłyśmy i do dziś się przyjaźnimy. Wyobraź sobie, że Denise była tak kochana, że nagrała dla mnie wszystkie monologi po włosku – zarówno w wolniejszym, jak i szybszym tempie – żebym mogła łatwiej się ich uczyć. Oczywiście pracowałam też z nauczycielką i regularnie ćwiczyłam język, ale jej nagrania okazały się dla mnie ogromnym wsparciem.

W „Limoni a Varsavia” grasz jednak Polkę?

Tak, zagrałam szaloną polską arystokratkę, która świetnie mówi po włosku. Jest żoną głównego bohatera, dlatego mój akcent musiał być niemal niewyczuwalny – w końcu moja bohaterka żyje we Włoszech i jest z nim od wielu lat.

Mówisz więc już dziś po włosku?

Staram się, przede mną są już dwa kolejne filmy we Włoszech. Przyznam jednak, że mówiłam Brunowi, żeby pod żadnym pozorem nie zmieniał mi tekstu w scenariuszu, bo nauczyłam się go niemal jak Szekspira. Każda, nawet najmniejsza zmiana oznaczałaby dla mnie konieczność zaczynania od nowa.

Jak się czułaś, prezentując razem z ekipą filmową ten obraz na bardzo prestiżowym festiwalu?

Świetnie. Szefowa festiwalu, Tiziana Rocca, zgromadziła w tym roku naprawdę imponujące grono gości – byli tam między innymi Clive Owen, Russell Crowe, Jane Campion, Holly Hunter i Helen Mirren. Towarzyszył nam również Antonino Bruschetta, czyli mój filmowy mąż. To wielka gwiazda we Włoszech, a ponieważ pochodzi z Sycylii, możesz sobie tylko wyobrazić, z jaką serdecznością był tam witany. Zresztą atmosfera tego festiwalu jest po prostu niesamowita. Jeśli twój film trafia do programu, to znaczy, że został wyłowiony z prawdziwego morza produkcji. Organizatorzy pokazują go na gigantycznym ekranie ustawionym w antycznym teatrze, przed publicznością liczącą około pięciu tysięcy osób. A wszystko odbywa się pod gołym niebem, w niezwykle swobodnej i życzliwej atmosferze. Niezwykłe jest też to, że podczas festiwalu jesteś po prostu wśród ludzi. Spacerujesz po mieście, rozmawiasz z turystami na ulicy – o filmie, o życiu, o wszystkim. Taormina po sukcesie „Białego Lotosu” przeżywa zresztą prawdziwe oblężenie turystów, więc miasto tętni energią niemal przez całą dobę.

fot. archiwum prywatne

Jak ten film odebrała publiczność w Taorminie?

Cieszyliśmy się całą ekipą z tak ciepłego przyjęcia i pozytywnych recenzji. Po miesiącach ciężkiej pracy to największa nagroda dla twórców. Publiczność zagadywała nas później na czerwonym dywanie, gratulowała i dzieliła się swoimi wrażeniami po seansie. To były bardzo miłe i wzruszające momenty.

Miałaś poczucie, że reprezentujesz nasz kraj na włoskiej scenie?

Jestem Polką. Urodziłam się w Polsce i jestem z tego dumna. Zawsze z radością będę reprezentować nasz kraj, niezależnie od tego, gdzie pracuję. Na premierę założyłam suknię znakomitej polskiej projektantki Magdy Butrym, a pierwszego dnia festiwalu miałam na sobie zestaw stworzony wspólnie z polską marką MUUV. Nasza wspólna linia będzie dostępna już w lipcu. Bardzo zależało mi na tym, żeby podkreślić swoje korzenie i pokazać to, co w polskiej modzie najlepsze.

Włosi, gdy już kogoś poznają, pokochają, traktują jak rodzinę. Myślisz, że dla tej publiczności jesteś już „ich Marietą”?

Dla filmowej ekipy na pewno tak. Zostałam przyjęta z ogromną serdecznością i życzliwością, za co jestem bardzo wdzięczna. Cieszę się, że ta współpraca będzie miała ciąg dalszy, bo przede mną już dwa kolejne włoskie plany zdjęciowe. Zdjęcia do obu produkcji rozpoczynają się jeszcze tego lata.

A czujesz się doceniona przez włoską publiczność?

Po projekcji odbyło się mnóstwo miłych rozmów. Włosi w ogóle potrafią pięknie okazywać uznanie i doceniać pracę innych. Podczas konferencji prasowych Ninni Bruschetta mówił o nas, polskich aktorach, bardzo ciepło. Podkreślał, że sam mógł się od nas uczyć i że byliśmy dla niego inspiracją. To było niezwykle budujące i wzruszające.

Możesz mi opowiedzieć, czym różni się plan włoski od polskiego?

Plany filmowe są w gruncie rzeczy bardzo podobne, choć dzień zdjęciowy we Włoszech trwa zazwyczaj nieco krócej. Powiem jednak, że atmosfera na planie zawsze zależy przede wszystkim od reżysera. U nas było mnóstwo śmiechu i dobrej energii, bo taki właśnie jest Bruno Colella. Być może, gdyby za sterami stał ktoś inny, wyglądałoby to zupełnie inaczej. Bruno jest niezwykle ciepłym człowiekiem i ma w sobie dużo dobrej energii. Dostrzega subtelności, które łatwo przeoczyć. A kiedy opowiada o swoich bohaterach – nie zawsze idealnych i bez skazy – robi to z ogromną czułością i zrozumieniem.

Marieta Żukowska i Bruno Colella na Festiwalu Filmowym w Taorminie.

Marieta Żukowska i Bruno Colella na Festiwalu Filmowym w Taorminie, fot. archiwum prywatne

Skoro mówisz o śmiechu i luzie. Poproszę o jakąś zabawną historię z planu.

Opowiem moją ulubioną historię. Część scen kręciliśmy we Włoszech, ale część również w Polsce. Niektóre ujęcia realizowaliśmy nad Bałtykiem. Był czerwiec, ale tego dnia było naprawdę zimno. Kręciłam wtedy scenę na plaży z moim filmowym mężem, Antonino Bruschettą. Miałam na sobie lekki kostium, który wiatr co chwilę porywał we wszystkie strony. Reżyserowi bardzo zależało, żeby Antonino miał jedynie marynarkę nonszalancko zarzuconą na ramiona. Problem polegał na tym, że Antonino nie miał najmniejszej ochoty jej zdejmować. Bruno długo go przekonywał, mówiąc: „Spójrz, Marieta prawie nic na sobie nie ma i daje radę”. Na co Antonino odpowiedział: „Bruno, ja jestem chłopakiem z Sycylii, a to jest dziewczyna z Polski. Ona nie czuje chłodu!”. W końcu jednak dał się przekonać i marynarkę zdjął.

Powiedz mi jeszcze coś więcej o swojej postaci. Szalona, polska arystokratka, która wyszła za Włocha…

Zosia w każdej scenie jest trochę inna. To bohaterka, która zawiera w sobie cały wachlarz kobiecych emocji i zmienności. Nieustannie „gra” kogoś innego, próbując odnaleźć samą siebie, a z tego wynika wiele zabawnych i zaskakujących sytuacji. 

Ten film opowiada o dwóch włoskich przyjaciołach, którzy założyli restaurację w Polsce, ale niestety biznes nie układa się tak, jakby sobie tego życzyli. W poszukiwaniu rozwiązania swoich problemów wyruszają w podróż po Europie. Mam jednak wrażenie, że jest to przede wszystkim podróż do własnych korzeni. 

Świetnie to wyczułaś. To zdecydowanie opowieść o powrocie do korzeni. Film pokazuje też, że często gonimy za czymś pozornie lepszym, czymś, co wydaje się nieosiągalne, a nie dostrzegamy rzeczy bliskich i pozornie zwyczajnych. Tymczasem to właśnie one bardzo często dają nam najwięcej radości i poczucie spełnienia. Te małe rzeczy również nas budują. Czasem o tym zapominamy. Tak samo jak czasem zapominamy, skąd jesteśmy.

Czy to jest również film o gotowaniu?

To także opowieść o najprostszych momentach w życiu – tych, które przynoszą krótkie, ale niezwykle cenne błyski szczęścia. Często ich nie doceniamy, bo wydają się zwyczajne, a przecież to właśnie one składają się na nasze poczucie spełnienia i zostają z nami na najdłużej.

Zapytam jednak – polska czy włoska kuchnia?

To i to. Lubię zarówno Warszawę, jak i Rzym. Zresztą mam dwa domy – jeden w Polsce, drugi we Włoszech. Kocham nasz kraj i uważam, że mamy tu wspaniałych ludzi, twórców oraz marki. Naprawdę nie mamy się czego wstydzić na arenie międzynarodowej. Wystarczy spojrzeć na to, jak wiele polskich marek modowych jest dziś docenianych na świecie i noszonych przez największe gwiazdy kina. Zagraniczni przedsiębiorcy coraz chętniej inwestują w polski rynek, a nazwiska naszych sportowców coraz częściej pojawiają się na pierwszych stronach międzynarodowych mediów. To pokazuje, że Polska ma dziś bardzo wiele powodów do dumy.

Zdradzisz mi coś jeszcze o dwóch kolejnych, włoskich produkcjach, które masz już na horyzoncie…

Jeden z tych projektów to kolejny film Bruna – nie mogę się już doczekać rozpoczęcia zdjęć. W drugim zagram bohaterkę, która będzie wymagała ode mnie dużej metamorfozy. To kobieta z mroczną przeszłością, która wprowadza siedemnastolatka w dorosłość. To postać pełna tajemnic, emocji i niejednoznaczności, a dla aktorki po prostu wspaniały materiał do zagrania.

Masz jeszcze głowę pełną marzeń? Bo zawodowy kalendarz, jak słyszę, pęka w szwach.

Po czterdziestce marzy się trochę inaczej – lżej, z większym spokojem i dystansem. Jestem też wdzięczna za bardzo wiele rzeczy. Mam poczucie, że świat pięknie się mną zaopiekował. Jestem dziewczyną z Żywca i kiedy byłam dzieckiem, taka droga wydawała mi się czymś zupełnie nierealnym. Dlatego wiem, że mogę nazywać się szczęściarą. I staram się o tym nie zapominać.

Bruno Colella, Marieta Żukowska, Gianni Cigna, fot. archiwum prywatne

Przeczytaj też: #HerPlace: Zamieniła newsroom na tropikalną wyspę. Tego o Malediwach nie wiedzą turyści

Pytania i odpowiedzi 

O czym opowiada film „Limoni a Varsavia”?

To komedia drogi o dwóch włoskich kuzynach prowadzących restaurację w Warszawie. Gdy lokal zaczyna przegrywać z konkurencją, bohaterowie wyruszają motocyklem do Włoch, szukając sposobu na uratowanie biznesu. Podróż staje się jednocześnie opowieścią o rodzinie, korzeniach i poszukiwaniu tego, co naprawdę ważne.

Kogo gra Marieta Żukowska w filmie „Limoni a Varsavia”?

Aktorka wciela się w Zosię – ekscentryczną polską arystokratkę i żonę jednego z głównych bohaterów. Jak sama przyznaje, jest to jedna z najbardziej nieprzewidywalnych i zmiennych postaci, jakie miała okazję zagrać.

Czy Marieta Żukowska znała włoski przed rozpoczęciem zdjęć do filmu „Limoni a Varsavia”?

Nie. Kiedy otrzymała rolę, nie mówiła po włosku. Do filmu przygotowywała się przez kilka miesięcy, ucząc się języka i zapamiętując obszerne monologi. W pracy pomagały jej m.in. nagrania przygotowane przez włoską aktorkę Denise Tantucci.

Gdzie odbyła się festiwalowa prezentacja filmu „Limoni a Varsavia”?

Podczas Taormina Film Fest na Sycylii. To jeden z najstarszych i najbardziej prestiżowych festiwali filmowych we Włoszech, organizowany od 1955 roku. Najważniejsze pokazy odbywają się w zabytkowym Teatro Antico, jednym z najbardziej charakterystycznych plenerów filmowych w Europie.

Kto jeszcze występuje w filmie „Limoni a Varsavia”?

Obok Mariety Żukowskiej w obsadzie znaleźli się m.in. Antonino Bruschetta, Roberto De Francesco, Nino Frassica, Denise Tantucci, Anna Cieślak, Giulio Scarpati i inni włoscy oraz polscy aktorzy.

Jakie tematy porusza „Limoni a Varsavia”?

Film łączy komedię z refleksją o przyjaźni, rodzinnych więzach, pasji do gotowania, znaczeniu tradycji oraz o tym, że sukces nie zawsze wymaga spektakularnych rozwiązań. Czasem jego źródłem okazują się najprostsze pomysły i powrót do własnych korzeni.

 

 

 

Joanna Andrzejewska-Sarnowska Avatar

Dziennikarka z dziesięcioletnim stażem, miłośniczka historii i ludzi, którzy je opowiadają. Absolwentka Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, w przeszłości zawodowo związana z takimi tytułami jak Cosmopolitan, Joy, Hot Moda czy Twój Styl. Na co dzień zajmuje się tematyką lifestylową. Najbliższa jej sercu jest moda, którą traktuje jak coś więcej, niż tylko sposób ubierania się. Jej wielką pasją są też podróże i psychologia, którą właśnie studiuje. Z niekończącą się listą pytań dopłynęła właśnie do nowego, stylowego portu – redakcji Lamode.info.