Pewnych filmów nie wypada nie lubić. Ich tytuły pojawiają się w rankingach najwybitniejszych dzieł kinematografii, krytycy poświęcają im wielostronicowe analizy, a znajomość twórczości ich reżyserów uchodzi za dowód kulturalnego obycia. W towarzystwie miłośników kina przyznanie się do znudzenia Bergmanem czy Kubrickiem wymaga niemal odwagi. Czy jednak zachwyt nad arcydziełem jest obowiązkowy? I czy dobry gust rzeczywiście da się zmierzyć liczbą obejrzanych klasyków?
W tym artykule przeczytasz:
- dlaczego znajomość filmowego kanonu uchodzi za wyznacznik dobrego gustu i intelektualnego obycia,
- które arcydzieła światowej kinematografii, uwielbiane przez krytyków i nagradzane na festiwalach, potrafią wystawić cierpliwość widzów na próbę,
- dlaczego filmy Stanleya Kubricka, Ingmara Bergmana czy Andrieja Tarkowskiego budzą zachwyt wśród kinomanów, ale niekoniecznie dostarczają przyjemności podczas seansu,
- jak Sofia Coppola, Wong Kar-wai i Paolo Sorrentino zamieniają filmowe kadry w małe dzieła sztuki, pozostawiając fabułę na dalszym planie.
- czy dobry gust wymaga znajomości klasyki i dlaczego własna opinia o uznanym arcydziele bywa cenniejsza niż powtarzanie ocen krytyków.
Kiedy oglądanie filmów staje się sprawdzianem dobrego gustu?
W kulturze istnieje niepisany kanon dzieł, które należy znać, rozumieć i podziwiać. W literaturze jest nim Proust, w malarstwie Picasso, a w kinie Bergman, Tarkowski i Kubrick. Ich nazwiska funkcjonują jako symbole intelektualnego wyrafinowania, a znajomość ich dorobku bywa przepustką do rozmów o sztuce. Filmowy snobizm ma jednak swoją cenę. Zdarza się, że podczas trzygodzinnego seansu bardziej zajmuje nas sprawdzanie telefonu, a po zakończeniu projekcji czujemy przede wszystkim ulgę. Publiczne przyznanie się do takich odczuć bywa niewygodne. Bezpieczniej powiedzieć, że film był „wymagający” i „wielowymiarowy” niż wyznać, że zwyczajnie nas znudził.
Paradoks polega na tym, że wiele uznanych arcydzieł świadomie odrzuca wszystko, czego widz oczekuje od tradycyjnego kina. Reżyserzy rezygnują z dynamicznej akcji, ograniczają dialogi, eksperymentują z narracją i pozostawiają pytania bez odpowiedzi. Artystyczna wielkość takich filmów pozostaje przedmiotem uznania, ale osobista przyjemność z ich oglądania jest już zupełnie inną kwestią.
Poniżej osiem produkcji, które zajmują zaszczytne miejsca w filmowym kanonie, wystawiając cierpliwość widzów na poważną próbę.
Przeczytaj też: Głupie seriale, które oglądają inteligentni ludzie. Na czym polega fenomen guilty pleasure?

Fot. Unsplash
„2001: Odyseja kosmiczna” (1968). Arcydzieło, podczas którego można zasnąć
Stanley Kubrick stworzył film, który na zawsze zmienił sposób przedstawiania kosmosu na ekranie. Monumentalne obrazy, muzyka Richarda Straussa, niezwykła precyzja wizualna i filozoficzne pytania o ewolucję człowieka uczyniły „2001: Odyseję kosmiczną” fundamentem współczesnego science fiction. Kubrick celebruje ciszę, wydłuża ujęcia i pozwala obrazom trwać znacznie dłużej, niż podpowiadają przyzwyczajenia współczesnej publiczności. Kilkuminutowe sekwencje kosmicznych manewrów wymagają cierpliwości, a finał pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi.
Film można podziwiać za techniczną doskonałość, wizjonerstwo i odwagę formalną, a jednocześnie z rosnącą desperacją wypatrywać napisów końcowych. Żadne z tych odczuć nie odbiera Kubrickowi miejsca w dziejach kina.

Fot. 2001: Odyseja kosmiczna
„Drzewo życia” (2011). Brad Pitt, narodziny wszechświata i wielka próba cierpliwości
Terrence Malick zaprosił widzów do niezwykłej podróży przez dzieciństwo, rodzinne wspomnienia, naturę i początki istnienia. „Drzewo życia”, nagrodzone Złotą Palmą w Cannes, zachwyca zdjęciami Emmanuela Lubezkiego, muzyką i niemal malarską kompozycją kadrów.
W centrum opowieści znajduje się amerykańska rodzina z lat 50., ale reżyser szybko przekracza granice kameralnego dramatu. Obserwujemy powstawanie wszechświata, prehistoryczne krajobrazy, a nawet dinozaury. Wspomnienia przeplatają się z filozoficznymi rozważaniami, zaś dialogi ustępują miejsca szeptom i obrazom.
Wielbiciele Malicka twierdzą, że jego film jest medytacją nad ludzkim istnieniem. Pozostali mogą odnieść wrażenie, że uczestniczą w niezwykle wystawnej projekcji cudzych wspomnień, do których nikt nie przekazał im instrukcji obsługi.

Fot. Drzewo życia
„Obywatel Kane” (1941). Najlepszy film wszech czasów, który nie każdego zachwyca
Przez dekady „Obywatel Kane” zajmował pierwsze miejsce w prestiżowych zestawieniach najwybitniejszych filmów w dziejach kinematografii. Orson Welles miał zaledwie 25 lat, gdy wyreżyserował opowieść o potężnym magnacie prasowym Charlesie Fosterze Kanie, którego życie poznajemy poprzez wspomnienia innych ludzi.
Nowatorska narracja, głębia ostrości, nietypowe kąty kamery i praca ze światłem uczyniły film rewolucyjnym osiągnięciem. Wiele rozwiązań, które dzisiaj wydają się naturalne, w 1941 roku stanowiło prawdziwy przełom. Współczesny widz, wychowany na kinie korzystającym z tych samych technik, niekoniecznie odczuje jednak dawną rewolucyjność obrazu. Opowieść o ambicji, samotności i utraconej niewinności pozostaje aktualna, ale jej rytm i sposób prowadzenia bohaterów wymagają przestawienia się na język kina sprzed ponad ośmiu dekad. Można rozumieć, dlaczego „Obywatel Kane” zmienił kinematografię, i jednocześnie nie mieć najmniejszej ochoty oglądać go ponownie.
Przeczytaj też: Kobiety z dobrym gustem znają te filmy. Nie chodzi tylko o fabułę

Fot. Obywatel Kane
„Między słowami” (2003). Najbardziej stylowa nuda w historii kina?
Tokio skąpane w neonowym świetle, hotelowe wnętrza, nocne przejażdżki i Scarlett Johansson wyglądająca przez okno na rozświetlone miasto. Sofia Coppola stworzyła film, którego estetyka na trwałe przeniknęła do fotografii, mody i współczesnej kultury wizualnej.
„Między słowami” opowiada o spotkaniu dwojga samotnych Amerykanów, których łączy poczucie wyobcowania. Bob Harris, grany przez Billa Murraya, jest aktorem przeżywającym zawodowe i osobiste rozczarowanie. Charlotte, w którą wciela się Johansson, próbuje odnaleźć własne miejsce w dorosłym życiu. Ich relacja rozwija się w spojrzeniach, drobnych gestach i rozmowach prowadzonych późną nocą. Coppola interesuje się atmosferą bardziej niż akcją, a emocjonalne napięcie buduje poprzez niedopowiedzenia. Estetyczna przyjemność pozostaje bezdyskusyjna, ale zachwyt nad samą opowieścią jest już sprawą osobistą.

Fot. Między słowami
„Wielkie piękno” (2013). Rzym, dekadencja i dwie godziny egzystencjalnego zmęczenia
Paolo Sorrentino zabiera widzów do Rzymu pełnego arystokratycznych pałaców, ekscentrycznych artystów, luksusowych przyjęć i ludzi, którzy mają niemal wszystko poza poczuciem spełnienia.
Główny bohater, Jep Gambardella, jest dziennikarzem i pisarzem, który po sukcesie swojej jedynej powieści poświęcił życie towarzyskim przyjemnościom. W dniu 65. urodzin zaczyna przyglądać się własnym wyborom, niespełnionym ambicjom i przemijającej młodości.
„Wielkie piękno” zdobyło Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego, a jego wizualny przepych przywołuje skojarzenia z twórczością Federica Felliniego. Każda scena wydaje się starannie skomponowanym obrazem, a Rzym staje się niemal osobnym bohaterem. Sorrentino prowadzi jednak opowieść niespiesznie, z upodobaniem do filozoficznych monologów i epizodycznych spotkań. Po kolejnym przyjęciu, spacerze i refleksji nad pustką egzystencji można zacząć odczuwać zmęczenie podobne do tego, które prześladuje samego Jepa.

Fot. Wielkie piękno
„Siódma pieczęć” (1957). Bergman i intelektualny obowiązek zachwytu
Rycerz grający w szachy ze Śmiercią jest zaliczany do najbardziej rozpoznawalnych obrazów w historii kina. Ingmar Bergman stworzył scenę, która na trwałe weszła do zbiorowej wyobraźni, stając się symbolem filozoficznego wymiaru sztuki filmowej.
Akcja „Siódmej pieczęci” rozgrywa się w średniowiecznej Szwecji, gdzie powracający z wyprawy krzyżowej Antonius Block próbuje znaleźć odpowiedzi na pytania o istnienie Boga, sens cierpienia i nieuchronność śmierci. W kraju spustoszonym przez zarazę spotyka ludzi reprezentujących różne postawy wobec życia i wiary. Bergman łączy religijną symbolikę, egzystencjalny niepokój i surową estetykę czarno-białego kina. Film pozostaje ważnym punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń twórców. Wymaga jednak gotowości na rozmowę o sprawach ostatecznych, prowadzoną bez pośpiechu i łatwych odpowiedzi. Widz poszukujący emocjonalnej bliskości z bohaterami lub angażującej intrygi może poczuć się jak uczestnik filozoficznego seminarium.

Fot. Siódma pieczęć
„Stalker” (1979). Trzy godziny, po których wypada powiedzieć, że przeżyło się objawienie
Andriej Tarkowski zajmuje w kinowym kanonie miejsce niemal sakralne. Jego filmy bywają opisywane językiem zarezerwowanym dla doświadczeń duchowych, a „Stalker” uchodzi za wybitny przykład kina filozoficznego.
Trzech mężczyzn wyrusza do tajemniczej Strefy, gdzie znajduje się pokój mający spełniać najgłębsze pragnienia człowieka. Punkt wyjścia przypomina fabułę science fiction, ale Tarkowski szybko porzuca gatunkowe oczekiwania. Podróż staje się pretekstem do rozważań o wierze, nadziei, ludzkich słabościach i naturze pragnień. Długie ujęcia zrujnowanych przestrzeni, powolne ruchy kamery i rozbudowane monologi tworzą atmosferę medytacyjnego skupienia. Przez znaczną część niemal trzygodzinnego filmu bohaterowie po prostu przemieszczają się przez opuszczone krajobrazy i rozmawiają.
Wielbiciele Tarkowskiego odnajdują w tej powolności niezwykłą intensywność. Inni z rosnącym niedowierzaniem odkrywają, że kino potrafi tak długo zatrzymywać się na pozornie zwyczajnych obrazach. Obie reakcje są uprawnione. Podziw dla artystycznej wizji reżysera nie musi przecież prowadzić do osobistego zachwytu.

Fot. Stalker
„Jeanne Dielman, Bulwar Handlowy, 1080 Bruksela” (1975). Najlepszy film wszech czasów czy najbardziej wymagający seans?
W 2022 roku film Chantal Akerman znalazł się na pierwszym miejscu prestiżowego rankingu „Sight and Sound”, wyprzedzając „Zawrót głowy” Alfreda Hitchcocka i „Obywatela Kane’a”. Wybór wzbudził szeroką dyskusję o filmowym kanonie, znaczeniu kobiecej perspektywy i kryteriach oceny sztuki.
Przez ponad trzy godziny obserwujemy codzienne życie owdowiałej kobiety mieszkającej z nastoletnim synem w Brukseli. Jeanne przygotowuje posiłki, sprząta mieszkanie, robi zakupy i wykonuje domowe obowiązki według precyzyjnie ustalonego rytmu. Utrzymuje się między innymi ze świadczenia usług intymnych we własnym mieszkaniu. Akerman pokazuje te czynności niemal w czasie rzeczywistym. Kamera pozostaje nieruchoma, a pozornie banalne gesty nabierają znaczenia wraz ze stopniowym rozpadem codziennej rutyny.
Film stanowi radykalny komentarz do niewidzialnej pracy kobiet, samotności i społecznych oczekiwań. Jego formalna konsekwencja budzi uznanie krytyków, ale od widza wymaga wyjątkowej cierpliwości. Czy obserwowanie przygotowywania obiadu przez kilka minut jest fascynującym doświadczeniem artystycznym? W przypadku części publiczności zdecydowanie tak. Dla pozostałych będzie to prawdopodobnie najdłuższe gotowanie ziemniaków, jakie widzieli na ekranie.

Fot. Jeanne Dielman, Bulwar Handlowy, 1080 Bruksela
Czy trzeba lubić wielkie kino, żeby mieć dobry gust?
Współczesna kultura chętnie zamienia upodobania w deklaracje tożsamości. Ulubieni reżyserzy, przeczytane książki i odwiedzone wystawy stają się elementami osobistego wizerunku. Znajomość określonych dzieł świadczy o obyciu, a publiczny zachwyt nad nimi potwierdza przynależność do grona ludzi o wysublimowanych zainteresowaniach.
W tej atmosferze łatwo pomylić autentyczną przyjemność z potrzebą sprostania oczekiwaniom. Podziwiamy film, ponieważ rozumiemy jego znaczenie, ale niekoniecznie dlatego, że poruszył nas podczas oglądania. Bywa też odwrotnie – produkcja lekceważona przez krytyków zostaje z nami na wiele lat, wywołuje emocje i prowokuje do powrotów.
Dobry gust wymaga ciekawości, otwartości i własnego zdania. Znajomość filmowego kanonu poszerza perspektywę, ale nie zobowiązuje do bezwarunkowego zachwytu. Można doceniać geniusz Kubricka, podziwiać kadry Wong Kar-waia i rozumieć znaczenie twórczości Chantal Akerman, a na kolejny wieczór wybrać film, który po prostu sprawi nam przyjemność.
Przeczytaj też: Każda z nas chciała mieszkać w którymś z tych domów. Ikoniczne wnętrza z filmów, które odtworzysz u siebie

Fot. Unsplash
Pytania i odpowiedzi
Czy trzeba oglądać klasykę kina, żeby mieć dobry gust?
Znajomość klasyki pozwala lepiej rozumieć język filmu, inspiracje współczesnych reżyserów i ewolucję kinematografii. Dobry gust rozwija się jednak również poprzez osobiste doświadczenia, ciekawość i świadome wybory. Lista obejrzanych arcydzieł nie stanowi miary wrażliwości estetycznej.
Dlaczego niektóre filmy uznawane za arcydzieła są nudne?
Wielu wybitnych reżyserów świadomie rezygnuje z dynamicznej akcji, tradycyjnej narracji i wyrazistych zwrotów fabularnych. Ich kino opiera się na atmosferze, symbolice, obrazie i filozoficznej refleksji. Widz przyzwyczajony do szybszego tempa opowiadania potrafi docenić artystyczną wartość filmu, a jednocześnie odczuwać znużenie.
Jaki film uznaje się za najlepszy w historii kina?
Według prestiżowego rankingu krytyków „Sight and Sound” z 2022 roku pierwsze miejsce zajmuje „Jeanne Dielman, Bulwar Handlowy, 1080 Bruksela” Chantal Akerman. Na kolejnych pozycjach znalazły się „Zawrót głowy” Alfreda Hitchcocka oraz „Obywatel Kane” Orsona Wellesa. Ranking powstaje na podstawie głosów krytyków i specjalistów filmowych, a jego wyniki zmieniają się wraz z kolejnymi edycjami.
Czy można doceniać film, którego się nie lubi?
Oczywiście. Uznanie dla reżyserii, zdjęć, montażu czy znaczenia filmu w dziejach kinematografii nie musi iść w parze z osobistym zachwytem. Świadomy odbiór sztuki polega również na rozróżnianiu wartości artystycznej dzieła i emocji, jakie wywołuje. Własna, przemyślana opinia jest znacznie ciekawsza niż zachwyt podyktowany prestiżem nazwiska reżysera.
Zdjęcie główne: Jeanne Dielman, Bulwar Handlowy, 1080 Bruksela
