W kinie bardzo lubimy wierzyć w przeznaczenie, np., że konkretna rola od początku należała do danego aktora. Reżyser zobaczył go i od razu wiedział, że oto przed nim stoi odtwórca, który stanie się legendą. Tyle że rzeczywistość produkcji filmowej jest znacznie mniej romantyczna. Zmieniają się terminy, koncepcje, budżety i obsady. Ktoś rezygnuje, nie może pojawić się na planie lub zwyczajnie przegrywa casting. Bywa i tak, że twórcy po prostu potrzebują przed kamerą innej energii. Ostatnio przekonała się o tym Joanna Jabłczyńska, czyli Tosia z filmu „Nigdy w życiu”. Aktorka nie zagra tej postaci w nowej produkcji opartej na prozie Katarzyny Grocholi – jednak nie tylko ją spotkał taki los.
W tym artykule przeczytasz:
- dlaczego Joanna Jabłczyńska nie wróci do roli Tosi w nowej odsłonie „Nigdy w życiu!” i skąd wzięły się emocje wokół decyzji obsadowej,
- kto miał zagrać główną rolę w „Pokoleniu Ikea” i dlaczego ostatecznie Czarnego zagrał Bartosz Gelner,
- jak Daniel Craig poradził sobie z legendą Seana Connery’ego i udowodnił, że James Bond może zmieniać się razem z kolejnymi pokoleniami widzów,
- dlaczego Joker jest najlepszym przykładem postaci, która nie należy do jednego aktora oraz co do tej roli wnieśli Jack Nicholson, Heath Ledger i Joaquin Phoenix,
- kto zagrał Hannibala Lectera przed Anthonym Hopkinsem i dlaczego wcześniejsza kreacja została z czasem nieco zapomniana,
- kto miał zostać Stanisławem Aniołem w „Alternatywach 4” i jak Roman Wilhelmi otrzymał rolę, bez której trudno dziś wyobrazić sobie kultowy serial,
- dlaczego zmiany aktorów budzą tak silne reakcje widzów i czy nowa obsada rzeczywiście musi oznaczać, że dobrze znany bohater na tym straci.
Joanna Jabłczyńska nie wróci jako Tosia w drugiej części „Nigdy w życiu”
„Nigdy w życiu!” ma dziś status filmu kultowego. Judyta grana przez Danutę Stenkę, jej dom pod Warszawą, przyjaźń z Ulą, relacja z Adamem i nastoletnia Tosia są częścią obrazu polskich komedii romantycznych początku lat 2000. Informacja o powrocie tej produkcji po ponad dwóch dekadach od razu uruchomiła więc wspomnienia. Razem z nimi pojawiło się przekonanie, że na ekranie zobaczymy bohaterów w składzie, który znamy z filmu z 2004 roku.
Najwięcej emocji przyniosła wiadomość, że Joanna Jabłczyńska nie zagra ponownie Tosi. Aktorka publicznie mówiła o rozczarowaniu i przedstawiła własną wersję rozmów poprzedzających wybór obsady. Producentka Anna Wichłacz odpowiedziała, że Jabłczyńska brała udział w castingu. Różnica między obiema relacjami dotyczy przede wszystkim charakteru tego spotkania. Temat szybko wyszedł więc poza samą decyzję obsadową, a nazwisko nowej odtwórczyni Tosi zaczęło budzić niemal tyle samo zainteresowania, co powrót filmu.
Obecność Danuty Stenki dodatkowo komplikuje odbiór tej zmiany. Judyta wraca z twarzą, którą pamiętamy, Tosia dostanie natomiast nową – Agnieszki Żulewskiej. Zabieg jest tym bardziej ryzykowny, że film oglądamy również przez pamięć o pierwszej części, a aktorzy z czasem stają się integralną częścią tego wspomnienia. Czy nowa Tosia zdoła znaleźć w nim własne miejsce i czy decyzja twórców okaże się słuszna, przekonamy się dopiero po premierze.
Przeczytaj też: „Nigdy w życiu 2” i rozczarowanie po latach. Kulisy powrotu najsłynniejszego polskiego filmu

Fot. Mat. prasowe
Piotr Stramowski miał zagrać Czarnego. „Pokolenie Ikea” ostatecznie dostało jednak Bartosza Gelnera
Nierzadko o alternatywnej obsadzie dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy film jest już gotowy, a postać zdążyła zrosnąć się z aktorem, którego zobaczyliśmy na ekranie.
W „Pokoleniu Ikea” – głównego bohatera miał grać Piotr Stramowski, a zagrał Bartosz Gelner
– czytamy na fanpjedżu Pokolenie Ikea by Piotr C.
Czarny w wykonaniu Gelnera jest cyniczny, zdystansowany i mocno niejednoznaczny. Po ekranizacji trudno więc oddzielić bohatera od aktora, który nadał mu ostateczny kształt. Gdyby produkcja potoczyła się zgodnie z pierwotnym planem, oglądalibyśmy jednak zupełnie innego Czarnego – z mimiką oraz charyzmą Stramowskiego. I prawdopodobnie równie dużym wyzwaniem byłoby wyobrazić sobie w tej roli Gelnera.

Fot. Mat. prasowe
Stanisław Anioł mógł wyglądać zupełnie inaczej
Polskie kino ma kolejny przykład roli, która dziś wydaje się niemożliwa do oddzielenia od aktora, choć początkowo była przeznaczona dla kogoś zupełnie innego. Stanisław Anioł z „Alternatywy 4” ma dla kilku pokoleń widzów twarz Romana Wilhelmiego. Aktor stworzył gospodarza domu z taką precyzją, że jego charakterystyczna maniera, ton głosu i służalczość wobec władzy na stałe weszły do historii polskiej telewizji.
O
bsada mogła jednak wyglądać inaczej. Stanisław Bareja początkowo planował powierzyć rolę Anioła Ludwikowi Pakowi. Później propozycję otrzymał również Krzysztof Kowalewski, który ostatecznie nie pojawił się w serialu. Roman Wilhelmi wszedł do projektu dopiero na dalszym etapie kompletowania obsady i stworzył Stanisława Anioła tak sugestywnego, że wcześniejsze pomysły obsadowe brzmią dziś niemal niewiarygodnie.
Przeczytaj też: Aesthetic watching i wybitne klasyki kina. 7 filmów, o których mówi się na salonach

Fot. Mat. prasowe
Sean Connery miał być Bondem nie do zastąpienia. Potem pojawił się Daniel Craig
W przypadku Jamesa Bonda dyskusja o zmianie aktora jest właściwie częścią tradycji. Każda kolejna twarz agenta 007 podlega porównaniu z poprzednikami, a nad wszystkimi przez dekady unosił się cień Seana Connery’ego. Stworzył on wzorzec, do którego później odnoszono kolejne interpretacje. Miał elegancję, ironię i ten szczególny rodzaj ekranowej nonszalancji, dzięki któremu Bond mógł zamówić martini, chwilę później uratować świat i przy żadnej z tych czynności nie wyglądać, jakby przesadnie się starał.
Gdy do tej roli ogłoszono Daniela Craiga, zachwytu nie było. Część fanów uważała, że nie wygląda jak Bond. Był blondynem, miał bardziej surową urodę, nie pasował do dobrze znanego wzorca. Potem w kinach pojawiło się „Casino Royale”, a Craig zagrał 007 na własnych zasadach. Jego agent był mniej nietykalny, emocjonalnie poraniony. Pasował do kina, które zdążyło zmienić się razem ze światem. Connery bez wątpienia pozostał legendą, ale Craig nie musiał mu tego tytułu odbierać, żeby samemu stać się kultowym odtwórcą Bonda.

Fot. Mat. prasowe
Jack Nicholson był Jokerem idealnym. Do czasu, gdy przyszedł Heath Ledger
Jack Nicholson w „Batmanie” Tima Burtona stworzył postać tak wyrazistą, że bardzo długo wydawała się niemal zamknięta na nowe interpretacje. Jego Joker był teatralny, groteskowy, zabawny i przerażający w tej samej scenie. Nie potrzebował następcy, a przynajmniej tak się wtedy wydawało. Kiedy Christopher Nolan obsadził Heatha Ledgera w „Mrocznym Rycerzu”, reakcje nie należały do entuzjastycznych. Aktor miał wtedy na koncie zupełnie inny repertuar, jednak po premierze filmu nikt już nie pamiętał o wcześniejszych wątpliwościach. Joker w jego wykonaniu był chaosem w ludzkiej postaci. Ledger nie próbował naśladować Nicholsona, tworząc kreację, która przyniosła mu pośmiertnego Oscara i przeszła do historii kina.
Kilka lat później wydawało się więc, że kultowa postać antybohatera naprawdę jest już nie do pobicia. Wtedy… pojawił się Joaquin Phoenix. „Joker” Todda Phillipsa ponownie zmienił reguły, bo Phoenix nie próbował być ani Nicholsonem, ani Ledgerem. Zbudował Arthura Flecka od początku, a jego rola również została nagrodzona Oscarem. Trzy wielkie kreacje nie anulowały się nawzajem. Pokazały raczej, ile różnych interpretacji może kryć się pod jedną postacią.

Fot. Mat. prasowe
Hannibal Lecter miał twarz Briana Coxa, zanim Anthony Hopkins założył maskę
Z Hannibalem Lecterem pamięć płata nam jeszcze ciekawszego figla. Postać jest dziś mocno związana z Anthonym Hopkinsem i łatwo zapomnieć, że pierwszym filmowym Lecterem był Brian Cox, który zagrał go w „Łowcy” Michaela Manna z 1986 roku. Jego interpretacja była oszczędniejsza, chłodna i niepokojąco zwyczajna. Cox nie wyglądał jak potwór z horroru.
Pięć lat później pojawiło się „Milczenie owiec”, a wraz z nim Anthony Hopkins. Kilkanaście minut obecności na ekranie, spokojny głos, nieruchome spojrzenie, charakterystyczne syczenie i maska stworzyły najbardziej rozpoznawalny portret psychopaty w dziejach kina. Hopkins dostał Oscara, Lecter stał się ikoną, a wcześniejsza kreacja Coxa została nieco przesunięta na margines popkulturowej pamięci.

Fot. Mat. prasowe
Jak widać, zmiany obsadowe niemal zawsze budzą emocje, bo widzowie przywiązują się nie tylko do bohaterów, lecz także do ludzi, którzy nadali im twarz, głos i temperament. Produkcje filmowe wielokrotnie udowadniały jednak, że pierwszy wybór nie musi być ostateczny, a ten najbardziej oczywisty nie zawsze okazuje się najlepszy.
Przeczytaj też: Ciekawostki o Cannes, którymi możesz zabłysnąć. Kulisy festiwalu bardziej absurdalne niż filmy
Pytania i odpowiedzi
Dlaczego Joanna Jabłczyńska nie zagra Tosi w nowym „Nigdy w życiu!”?
Joanna Jabłczyńska nie została ponownie obsadzona jako Tosia. Aktorka i producentka Anna Wichłacz przedstawiły publicznie różne wersje dotyczące przebiegu spotkania castingowego.
Kto miał zagrać Czarnego w „Pokoleniu Ikea”?
Do roli Czarnego przymierzany był Piotr Stramowski. Ostatecznie głównego bohatera zagrał Bartosz Gelner.
Kto grał Jokera przed Heathem Ledgerem?
Jedną z najsłynniejszych wcześniejszych kreacji stworzył Jack Nicholson w „Batmanie” Tima Burtona z 1989 roku. Później własne interpretacje Jokera przedstawili Heath Ledger i Joaquin Phoenix.
Kto jako pierwszy zagrał Hannibala Lectera?
Pierwszym filmowym Hannibalem Lecterem był Brian Cox w „Łowcy” Michaela Manna z 1986 roku. Pięć lat później w „Milczeniu owiec” postać zagrał Anthony Hopkins.
Kto miał zagrać Stanisława Anioła w „Alternatywach 4”?
Stanisław Bareja początkowo planował obsadzić Ludwika Paka. Rolę proponowano również Krzysztofowi Kowalewskiemu, a ostatecznie Stanisława Anioła zagrał Roman Wilhelmi.
Zdjęcie główne: Mat. prasowe
