Logotyp serwisu lamode.info

Powstała w jedną noc i stała się legendą. Oto polska piosenka, która rywalizuje z “Last Christmas”

Jej słowa zna każda z nas.

Powstała w jedną noc i stała się legendą. Oto polska piosenka, która rywalizuje z “Last Christmas” 185836

Choć „Last Christmas” od lat króluje na światowych playlistach, w Polsce ma godnego rywala, który potrafi poruszyć równie mocno. Niewielu jednak wie, że „Dzień jeden w roku” Czerwonych Gitar powstał w pośpiechu i w atmosferze subtelnej gry z ówczesną cenzurą. Co łączy go z megahitem Wham!? Obie piosenki wykraczają poza zwykłe melodie i stały się świątecznymi rytuałami, które w grudniu powracają do nas z taką samą mocą i nostalgią.

Z artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego „Dzień jeden w roku” to polski odpowiednik „Last Christmas” i skąd bierze się jego wielopokoleniowy urok.
  • Jak powstawała świąteczna piosenka Czerwonych Gitar – od ryzykownego pomysłu Jerzego Kosseli, przez walkę o tekst, po nocny muzyczny sprint Seweryna Krajewskiego.
  • Jak cenzura PRL-u wpłynęła na ostateczny kształt utworu, choć nie pada w nim ani jedno typowe „świąteczne” słowo.
  • Co wyróżnia wersję radiową od pierwszego nagrania z 1967 roku i dlaczego zmiana instrumentów była kluczem do jej ponadczasowości.
  • W jaki sposób polski hit potrafił pokonać zagraniczne megahity w plebiscytach RMF Classic, wyprzedzając nawet Wham!.
  • Jak naprawdę narodziło się „Last Christmas” – od pierwszych szkiców w dziecięcym pokoju George’a Michaela po perfekcjonistyczne nagrania w londyńskim studiu.
  • Dlaczego klip Wham! wygląda jak świąteczna pocztówka, choć opowiada historię o rozczarowaniu i samotności.

„Dzień jeden w roku” – nasza odpowiedź na „Last Christmas”

W polskiej popkulturze trudno znaleźć utwór, który przez dekady zachował tak wyjątkowy status, jak właśnie „Dzień jeden w roku”. Po raz pierwszy wybrzmiał w telewizji podczas świątecznego wydania „Tele-Echa”. Od tamtej chwili towarzyszy kolejnym pokoleniom, niczym muzyczny rytuał przejścia w klimat Bożego Narodzenia. A za jego powstaniem kryje się historia, którą bez wahania można by przenieść na ekran: wyścig z czasem, artystyczne spory i nagłe olśnienie, które przyszło w najmniej komfortowym momencie.

Lata 60. były dla Czerwonych Gitar pasmem sukcesów, które dziś trudno przecenić. Po debiucie albumu „To właśnie my” w 1966 roku grupa – szybko okrzyknięta „polskimi Beatlesami” – była wszędzie: na listach przebojów, w programach telewizyjnych, w radiu i w trasach koncertowych. Zaproszenie do świątecznej odsłony „Tele-Echa” wydawało się więc czymś naturalnym. Zespół miał wykonać klasyczne kolędy, jednak Jerzy Kossela zobaczył w tym szansę na coś więcej, czyli na premierę własnego utworu przed milionami widzów.

Dom Kevina jest dziś nie do poznania. Po wnętrzu z lat 90. nie ma już śladu

Presja czasu, cenzura i jedna noc, która zmieniła wszystko

W tamtych realiach pomysł na świąteczną piosenkę był nie tylko artystycznym wyzwaniem, ale także aktem odwagi. Tekst musiał nieść bożonarodzeniową atmosferę, a jednocześnie nie mógł zawierać słów, które mogłyby obudzić czujność cenzorów. Jerzy Kossela poprosił o pomoc Krzysztofa Dzikowskiego, przekazując mu pierwsze wersy: „Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy”.

Dzikowski napisał tekst błyskawicznie. Równie szybko działał Seweryn Krajewski, który w ciągu jednej nocy, dopracował melodię tak, że piosenka nabrała spójności i emocjonalnego wyrazu. Muzycy zdążyli więc jedynie pobieżnie zapoznać się z tekstem (nagrania zaplanowano następnego dnia). W studio śpiewali, trzymając kartki w dłoniach, a widzowie i tak zakochali się w tym utworze od pierwszego dźwięku.

Co ciekawe, wersja radiowa, którą znamy dziś, różni się od pierwotnego nagrania, wydanego w 1967 roku. Zamiast skrzypiec pojawiły się organy Hammonda. Dzięki nim utwór zyskał charakterystyczne, bardziej nowoczesne brzmienie. 

Kiedy polska klasyka wygrywa z globalnym hitem

Dodam, że , że jesteśmy mocno emocjonalnie związani z tym utworem. W plebiscytach RMF Classic „Dzień jeden w roku” nie raz pokonywał „Last Christmas” czy „Driving Home for Christmas”. W 2013, 2015, 2016 i 2019 roku polska piosenka bez kompleksów triumfowała nad globalnymi gigantami. To rzadki moment, kiedy lokalna wrażliwość wygrywa z popkulturową potęgą.

„Last Christmas”: kulisy, które zaskakują nawet fanów

A skoro jesteśmy przy utworze “Last Christmas”… Czy wiesz, że jego historia jest równie ciekawa?

George Michael napisał piosenkę jako 20-latek, w swoim pokoju w rodzinnym domu w Radlett. Andrew Ridgeley oglądał w tym czasie telewizję piętro niżej, zupełnie nieświadomy, że za chwilę narodzi się świąteczny fenomen. Michael potrzebował zaledwie godziny, by na czterościeżkowym magnetofonie Portastudio nagrać pierwszą wersję.

Sierpniowe nagranie w londyńskim studiu Advision tylko potwierdziło jego perfekcjonizm. Michael zagrał na wszystkich instrumentach – od automatu perkusyjnego LinnDrum po syntezatory – nie dopuszczając żadnych zewnętrznych muzyków do procesu tworzenia. Inżynier dźwięku, Chris Porter, był właściwie jedyną osobą, która towarzyszyła mu w studiu.

Teledysk, który wygląda jak pocztówka, ale opowiada dużo więcej

Klip do „Last Christmas” zrealizowano w listopadzie 1984 roku w szwajcarskim kurorcie Saas-Fee. Górski krajobraz, miękki śnieg, kolorowe swetry – wszystko to wygląda jak świąteczna reklama idealnego życia. Tymczasem fabuła opowiada o zdradzie i samotności. Modelka Kathy Hill zagrała dziewczynę, która rani bohatera granego przez Michaela, a cały teledysk, choć piękny jak widokówka, ma bardzo emocjonalny, wręcz gorzki wyraz.

Dwa utwory, dwa światy – ten sam grudniowy rytuał

„Dzień jeden w roku” rodził się w atmosferze presji, negocjacji i walki o artystyczną przestrzeń. „Last Christmas” było wynikiem perfekcyjnej, wręcz samotniczej pracy młodego wizjonera. Różni je wszystko: epoka, kontekst, proces twórczy. A jednak obie piosenki spełniają tę samą funkcję – stają się bramą do emocji, które wracają do nas co roku, gdy miasto po raz pierwszy rozbłyśnie świątecznymi światłami.

I może właśnie dlatego grudzień bez nich byłby niepełny. Bo zarówno polska, jak i brytyjska klasyka przypominają nam, że muzyka potrafi uchwycić ten jedyny w roku moment, kiedy zwykłe dni zaczynają pachnieć czymś wyjątkowym.

Kostium z filmu “Elf” został sprzedany za abstrakcyjną kwotę

 

Joanna Andrzejewska-Sarnowska Avatar

Dziennikarka z dziesięcioletnim stażem, miłośniczka historii i ludzi, którzy je opowiadają. Absolwentka Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, w przeszłości zawodowo związana z takimi tytułami jak Cosmopolitan, Joy, Hot Moda czy Twój Styl. Na co dzień zajmuje się tematyką lifestylową. Najbliższa jej sercu jest moda, którą traktuje jak coś więcej, niż tylko sposób ubierania się. Jej wielką pasją są też podróże i psychologia, którą właśnie studiuje. Z niekończącą się listą pytań dopłynęła właśnie do nowego, stylowego portu – redakcji Lamode.info.