Logotyp serwisu lamode.info

Jedyna prawdziwa diva. 9 zdumiewających faktów z życia Violetty Villas

Dekady przed Instagramem wiedziała, że publiczność zapamiętuje nie tylko melodię, ale też obraz.

Jedyna prawdziwa diva. 9 zdumiewających faktów z życia Violetty Villas 222191

W Polsce lat 60., kiedy wygląd miał swoje sztywne granice, Violetta Villas najwyraźniej postanowiła ich nie zauważać. Wychodziła na scenę w monumentalnych sukniach, z kaskadą blond włosów sięgających niemal bioder i wokalem, którego skala obejmowała około czterech oktaw. Śpiewała w Las Vegas, występowała w paryskiej Olympii, a amerykańscy krytycy nazywali ją „głosem ery atomowej”.

W tym artykule przeczytasz:

  • jak Czesława Maria Cieślak stała się Violettą Villas i dlaczego historia jej pseudonimu do dziś nie jest tak oczywista, jak przedstawiała ją sama artystka,
  • jak wielkie były jej możliwości wokalne i dlaczego początkowo mogła wybrać zupełnie inną drogę artystyczną,
  • jak polska piosenkarka trafiła z estrad PRL-u do paryskiej Olympii, a następnie do Las Vegas,
  • dlaczego jej pobyt w Ameryce był znacznie mniej beztroski, niż sugerowała późniejsza legenda,
  • co naprawdę kryło się za słynną burzą blond włosów, która stała się równie rozpoznawalna jak jej głos,
  • jak wyglądał sceniczny styl Villas i dlaczego kilkadziesiąt lat temu robiła to, co dziś nazwalibyśmy świadomym budowaniem własnej marki.
  • jakie historie z jej życia udało się potwierdzić biografom, a które należą raczej do legendy stworzonej przez samą artystkę.
  • dlaczego do dziś pozostaje jedną z najbardziej fascynujących polskich wokalistek.

Zanim pojawiła się Violetta Villas, była Czesława Cieślak z Liège

Artystka przyszła na świat w belgijskim Liège. Urodziła się 10 czerwca 1938 roku jako Czesława Maria Cieślak. Pierwszą dekadę życia spędziła w Belgii, dokąd jej ojciec wyjechał wcześniej w poszukiwaniu pracy. Po wojnie rodzina wróciła do Polski.

Z czasem Czesława zaczęła znikać, a jej miejsce zajmowała Violetta. Artystka opowiadała później, że do zmiany nazwiska namówił ją sam Władysław Szpilman. Według jej wersji miał uznać „Cieślak” za zbyt trudne nazwisko dla przyszłej międzynarodowej gwiazdy. Villas tłumaczyła również, że Violetta było jej prawdziwym belgijskim imieniem, a człon „Villas” wiązała między innymi z miłością do lasu.

Opowieści wokalistki nie zawsze wytrzymywały konfrontację ze źródłami. Autorzy reporterskiej biografii artystki podważali między innymi historię o Szpilmanie jako twórcy pseudonimu. Villas nie czekała zatem, aż świat stworzy jej legendę. Kreowała ją sama.

Przeczytaj też: Sztaluga, farby i rodzinny stół. Dom Wojciecha Fangora otworzy drzwi dla zwiedzających

Violetta Villas

Fot. IG @violettavillas1

Głos obejmujący około czterech oktaw

Fryzury, suknie i anegdoty z czasem niemal przesłoniły fakt najważniejszy. Violetta Villas dysponowała wyjątkowymi możliwościami wokalnymi. Jej głos obejmował około czterech oktaw. Miała przygotowanie zbliżone do klasycznego i wykonywała repertuar rozciągający się pomiędzy piosenką estradową, ariami operowymi i operetkowymi a światowymi standardami. Polska Biblioteka Muzyczna odnotowuje również jej naukę gry na puzonie.

W Las Vegas śpiewała w dziewięciu językach, a scena dawała jej możliwość stworzenia całego świata. Głos był jego fundamentem, lecz równie ważne stały się kostium, gest i fryzura. Villas nie chciała jedynie pięknie śpiewać – zależało jej na robieniu wrażenia.

Violetta Villas

Fot. IG @violettavillas1

Z polskiej estrady trafiła do paryskiej Olympii, a stamtąd do Las Vegas

W 1965 roku Villas zdobyła Grand Prix na międzynarodowym festiwalu Des Variétés et Music-Halls w Rennes. Rok później wystąpiła w paryskiej Olympii w programie „Grand Music-Hall de Varsovie”. Tam zwrócił na nią uwagę producent rewiowy Frederick Apcar. Zaproszenie do Stanów Zjednoczonych otworzyło kolejny rozdział jej życia.

W latach 1966-1969 Violetta Villas występowała w Casino de Paris w Las Vegas. Na tamtejszej scenie pojawiały się nazwiska należące do światowej ekstraklasy rozrywki, a polska wokalistka śpiewała w otoczeniu artystów takich jak Frank Sinatra czy Charles Aznavour. W przypadku dziewczyny, która dorastała w powojennej Polsce, musiał to być przeskok niemal niewyobrażalny. Las Vegas końca lat 60. charakteryzowały neony, wielkie rewie, pióra, cekiny, sceniczne konstrukcje i rozrywka pozbawiona kompleksów. Villas trafiła więc do miejsca, w którym jej zamiłowanie do nadmiaru przestało wyglądać jak ekstrawagancja.

Violetta Villas

Fot. IG @violettavillas1

American dream kontra przygnębiająca rzeczywistość

Według informacji przywoływanych w biografii Izy Michalewicz i Jerzego Danilewicza początek amerykańskiej przygody był dla Villas bardzo samotny. Po przyjeździe miała spędzać całe tygodnie w hotelu, niemal z niego nie wychodząc. Nie znała jeszcze angielskiego na tyle dobrze, by swobodnie porozumiewać się z otoczeniem. Zamiast życia gwiazdy wypełnionego przyjęciami i znajomościami z celebrytami pojawiła się izolacja w obcym kraju.

Później rozpoczął się morderczy rytm przygotowań. Sama Villas wspominała, że pierwsze cztery miesiące oznaczały pracę po kilkanaście godzin dziennie. Uczyła się języków, chodziła na lekcje baletu, ćwiczyła śpiew i przygotowywała występy. Na życie prywatne nie zostawało właściwie miejsca. Casino de Paris dawało jej prestiż i publiczność, ale za każdym wieczornym spektaklem stały godziny prób.

Po powrocie do Polski amerykański rozdział jej życia zaczął obrastać legendą. Villas opowiadała o spotkaniach z wielkimi gwiazdami i filmowych propozycjach. Jedna z najbardziej intrygujących historii mówiła o roli u boku Lee Marvina, jednak nazwiska polskiej artystki nie udało się odnaleźć w obsadzie wskazywanej produkcji. Biografowie wielokrotnie odkrywali podobne pęknięcia pomiędzy wersją przedstawianą przez Villas a dokumentami i wspomnieniami ludzi z jej otoczenia.

Nie zmienia to faktu, że sam sukces w Las Vegas był prawdziwy. Villas rzeczywiście spędziła tam trzy sezony, występowała w Casino de Paris i śpiewała repertuar wymagający niezwykłych możliwości wokalnych.

Przeczytaj też: Zostawił po sobie 3,5 tys. obrazów i 10 tys. rysunków. Edward Dwurnik malował Polskę jak nikt inny

Violetta Villas

Fot. IG @violettavillas1

Włosy Violetty Villas były niemal osobnym bohaterem jej kariery

Możemy nie pamiętać tytułów piosenek Villas i nadal bez problemu rozpoznać ją na fotografii. Kaskada blond loków stała się najbardziej charakterystycznym wizerunkiem w dziejach polskiej estrady. Podczas gdy wiele kobiet nosiło wówczas krótkie, starannie ułożone fryzury, ona wybierała włosy o niemal baśniowej objętości. Nic dziwnego, że publiczność chciała wiedzieć jedno – czy te włosy naprawdę są jej?

Sama Villas przekonywała, że tak. Rzeczywistość była bardziej przewrotna. Według relacji przywoływanych przez jej biografów artystka korzystała z tresy wykonanej z naturalnych włosów, która zwiększała objętość fryzury. Pojawiała się nawet wersja, że do jej wykonania wykorzystano wcześniej ścięte włosy samej Villas. Tłumaczyłoby to, dlaczego doczepiane pasma tak dobrze stapiały się z jej własnymi i były niemal niemożliwe do odróżnienia.

Fryzura wymagała ogromnej pracy. Villas starannie pielęgnowała długie pasma, a ich układanie przed występami należało do całego scenicznego rytuału. Włosy były tapirowane, skręcane w loki i łączone z dodatkowymi pasmami, które pozwalały uzyskać charakterystyczną dla niej kaskadę. Po pobycie w Stanach Zjednoczonych jej fryzura stała się jeszcze bardziej spektakularna.

Temat fascynował również fanów. Po koncertach niektórzy próbowali podejść do artystki na tyle blisko, by przyjrzeć się włosom, a nawet ich dotknąć i na własną rękę rozstrzygnąć zagadkę. Villas podtrzymywała aurę tajemnicy. Przy wizerunku zbudowanym na niedostępności i przepychu przyznanie, że część fryzury jest doczepiana, odebrałoby jej przecież odrobinę magii.

Violetta Villas

Fot. Tomasz Pisinski / Studio69 / Forum

Styl, który wyprzedzał swoją epokę

Balowe suknie, ogromne fryzury, błysk, mocny makijaż… Villas nie znała estetycznego półtonu, a jej sceniczny wizerunek czerpał z hollywoodzkich gwiazd lat 60. Artystka występowała w spektakularnych kreacjach, nosiła futra nawet latem, a podczas wykonywania utworów zdarzało jej się rzucać czerwone buty w stronę publiczności.

Na tle PRL-u wyglądało to niemal surrealistycznie. Jej garderoba miała tę samą skalę co głos. Wielkie formy potrzebowały wielkich sukien, scenicznego makijażu i włosów, które było widać z ostatniego rzędu. Z dzisiejszej perspektywy interesujące jest to, jak intuicyjnie rozumiała znaczenie wizerunku. Dekady przed Instagramem wiedziała, że publiczność zapamiętuje nie tylko melodię, ale też obraz.

Violetta Villas

Fot. IG @violettavillas1

Operację nosa zrobiła jeszcze przed amerykańskim etapem kariery

Metamorfoza Villas po powrocie ze Stanów Zjednoczonych była tak wyraźna, że wokół jej wyglądu zaczęły powstawać kolejne plotki. Pewna zmiana nastąpiła jednak jeszcze wcześniej. W 1965 roku, przed wyjazdem do Las Vegas, artystka przeszła operację plastyczną nosa w Warszawie. Źródła wiążą zabieg z chirurg Zofią Witwicką. Później spekulowano również o innych ingerencjach w wygląd Villas, ale te historie nie mają równie mocnego potwierdzenia.

Jej podejście do własnego wizerunku pozostaje w tym ujęciu fascynujące. Tworzyła siebie podobnie jak sceniczny kostium. Świadomie, odważnie i według własnego wyobrażenia o tym, jak powinna prezentować się wielka gwiazda.

Violetta Villas

Fot. IG @violettavillas1

Violetta Villas i Czesława Cieślak z czasem niemal stały się dwiema różnymi osobami

Autorzy jej reporterskiej biografii przez ponad rok rozmawiali z rodziną, znajomymi, przyjaciółmi i ludźmi z różnych okresów kariery. Próbowali zweryfikować historie dotyczące dzieciństwa, pseudonimu, związków, kariery i wielu mitów funkcjonujących wokół artystki. Sami przyznawali, że nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem na pytanie, jaka Villas była naprawdę. Niewykluczone, że z biegiem czasu sama przestała potrzebować wyraźnej granicy pomiędzy prawdą a własną legendą.

Nie sposób dziś rozstrzygnąć, gdzie kończyła się świadoma kreacja, a zaczynała wersja własnego życia, w którą Villas z czasem sama uwierzyła. Miała niezwykły talent do zamieniania biografii w opowieść godną wielkiej gwiazdy. Fakty otrzymywały w niej bardziej efektowną oprawę, przypadkowe wydarzenia nabierały znaczenia, a zwyczajność właściwie nie miała wstępu.

Violetta Villas była przecież pseudonimem, ale również kostiumem. Czesława mogła mieć zwyczajne dzieciństwo, nieudane relacje, lęki i rozczarowania. Violetta musiała być niezwykła.

Violetta Villas

Fot. IG @violettavillas1

Była jedną z nielicznych polskich artystek, które naprawdę rozumiały słowo „diva”

Miała potężny głos, teatralną osobowość i wygląd rozpoznawalny po jednym zdjęciu. Śpiewała w paryskiej Olympii, spędziła trzy sezony na scenie w Las Vegas i należała do grona polskich artystek, którym udało się zaistnieć poza krajem w czasach, kiedy przekroczenie żelaznej kurtyny było znacznie większym osiągnięciem niż międzynarodowa trasa koncertowa dzisiaj.

Jej późniejsze życie nie przypominało finału historii, jaki należałby się bohaterce takiej opowieści. Biografowie opisują samotność, trudne relacje rodzinne i dramatyczny rozdźwięk pomiędzy skalą talentu a tym, jak potoczyła się jej kariera. Ogromną część świata Villas zajmowały wówczas zwierzęta. W swoim domu w Lewinie Kłodzkim przygarniała psy, koty i ptaki, tworząc dla nich prywatne schronienie. Liczba podopiecznych rosła z czasem do rozmiarów, nad którymi coraz trudniej było zapanować. W 2007 roku, po interwencji w jej posiadłości, organizacje zajmujące się ochroną zwierząt odebrały stamtąd ponad sto zwierząt. Sama Villas przedstawiała swoją relację z nimi jako wielką miłość i potrzebę ratowania tych, których inni nie chcieli. W ostatnim okresie życia zwierzęta stały się dla niej najbliższym towarzystwem.

Ten obraz mocno kontrastuje z fotografiami z najlepszych lat kariery. Z jednej strony Las Vegas, paryska Olympia, światła sceny i publiczność; z drugiej – dom w Lewinie Kłodzkim, ogromne odosobnienie i dziesiątki przygarniętych zwierząt. Po dobrych czasach zostały jednak nagrania i fotografie. Villas w ogromnej sukni, otoczona blond włosami, patrząca w obiektyw tak, jak patrzą ludzie absolutnie przekonani, że przyszli na świat po to, żeby być oglądani. Polska scena miała wiele spektakularnych głosów. Violetta Villas stworzyła jednak własny gatunek gwiazdy i do dziś nie znalazła następczyni.

Przeczytaj też: Z Izabeli Łęckiej w Violettę Villas. Jest zwiastun nowego filmu z Sandrą Drzymalską

Violetta Villas

Fot. IG @violettavillas1

Pytania i odpowiedzi

Jak naprawdę nazywała się Violetta Villas?

Artystka urodziła się jako Czesława Maria Cieślak. Przyszła na świat 10 czerwca 1938 roku w belgijskim Liège, gdzie spędziła pierwszą dekadę życia.

Jaką skalę głosu miała Violetta Villas?

Źródła muzyczne opisują głos Villas jako obejmujący około czterech oktaw. Jej przygotowanie pozwalało jej wykonywać nie tylko piosenki estradowe, ale również arie operowe i operetkowe oraz światowe standardy.

Czy Violetta Villas naprawdę występowała w Las Vegas?

Tak. W latach 1966-1969 była gwiazdą Casino de Paris w Las Vegas. Wykonywała tam repertuar w dziewięciu językach i występowała w środowisku największych gwiazd ówczesnej rozrywki.

Czy Violetta Villas występowała z Frankiem Sinatrą?

Polska Biblioteka Muzyczna podaje, że podczas pobytu w Las Vegas występowała na scenie obok takich artystów jak Frank Sinatra czy Charles Aznavour.

Czy wszystkie historie opowiadane przez Violettę Villas były prawdziwe?

Nie wszystkie udało się potwierdzić. Autorzy jej reporterskiej biografii weryfikowali liczne opowieści funkcjonujące wokół Villas i podważyli część z nich, w tym popularną wersję dotyczącą powstania jej pseudonimu.

Zdjęcie główne: Tomasz Pisinski / Studio69 / Forum

Monika Subda Avatar

Monika Subda, redaktorka i dziennikarka od 15 lat związana z mediami internetowymi, w których pisze o tym, co aktualne i warte uwagi. Absolwentka filologii polskiej. Najbliższe są jej moda i kultura, szczególnie tam, gdzie wzajemnie się przenikają. Lubi wyłapywać nowe trendy, inspirujące marki i zjawiska, o których za chwilę może być głośno. Prywatnie fascynuje się chłodniejszymi rejonami Europy. Chętnie wraca do reportaży Ilony Wiśniewskiej i filmów z nurtu Dogmy 95.