Ma 91 lat i wciąż potrafi zaskoczyć. Helena Norowicz – aktorka teatralna i filmowa, która kilka lat temu zadebiutowała jako modelka, udowadniając, że styl, ciekawość i odwaga nie mają wieku. 14 listopada obchodzi urodziny. Z tej okazji porozmawiałam z nią o modzie, wspomnieniach i o tym, co sprawia, że wciąż chce jej się żyć pięknie.
Helena Norowicz – aktorka, która po 80-tce podbiła świat mody
Helena Norowicz to polska aktorka i modelka, urodzona 1934 roku w Chiłowszczyźnie – na terenach dzisiejszej Białorusi. Absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Łodzi, od 1958 roku związana była z warszawskimi scenami: Teatrem Klasycznym, a później Teatrem Studio. Przez niemal pół wieku tworzyła wyraziste role drugoplanowe w filmach i serialach – od „Dekalogu”, przez „Watahę”, po „Ciemno, prawie noc” i „Boże Ciało”.
Około osiemdziesiątego roku życia zaskoczyła wszystkich, gdy weszła w świat mody, występując w kampanii i na pokazach Bohoboco. Jako modelka seniorka współpracowała z polskimi markami, a także została twarzą Pantene. Jej styl, elegancja i autentyczność przyniosły jej tytuł ikony stylu. Dziś, mimo upływu lat, Helena Norowicz wciąż imponuje energią i formą. Cieszę się, że miałam okazję z nią porozmawiać o przypadkach, które wpłynęły na jej los, chwilach zwątpienia i o wdzięczności za życie dokładnie takie, jakie chciała mieć.

Helena Norowicz, fot. Michał Ignar
Rozmowa z Heleną Norowicz dla lamode.info
Co jest, według Pani, przepisem na utrzymanie pogody ducha?
Szczerze mówiąc, sama nie wiem, jak to się dzieje. Poza tym muszę przyznać, że na co dzień jestem raczej osobą skrytą i zamkniętą — bardziej smutną niż wesołą.
Los chyba jednak lubi Panią zaskakiwać. Czy tak było też wtedy, gdy trafiła Pani do świata mody?
Tak. Byłam już na emeryturze, mieszkałam na wsi i uprawiałam rolę trochę inną, niż dotąd. Wydawało mi się, że pewne tematy w moim życiu zostały już zamknięte. A tu nagle dostaję propozycję roli u Piotra Dumały. Później, na jakichś zdjęciach, wypatrzyli mnie projektanci z Bohoboco i zaprosili na casting. Byłam zaskoczona, ale pomyślałam, że skoro po spektaklach też robiło się zdjęcia, to mogę spróbować. Nie byłam jednak przygotowana – żadnych przymiarek, żadnych prób. Dali mi kilka ubrań do założenia, wszystkie pasowały. „Kiedy zdjęcia?” – pytałam. „Pojutrze” – usłyszałam. Nawet nie miałam czasu się zastanowić.
Jak na tę propozycję zareagowali bliscy?
Kiedy wróciłam do domu, mąż dał mi reprymendę. Powiedział: „Boże, co ty zrobiłaś?”. Bał się, że spadnie na mnie fala hejtu i kpin. A ja mu na to: „A co mnie to obchodzi?”. Nikomu nic złego nie robię. Poza tym ta propozycja przyszła sama z siebie – nie zabiegałam o nią.
I miał rację?
Absolutnie nie. Odbiór był rewelacyjny.
Czy coś w tej współpracy było trudne?
Na pokazie. Wybieg był długi i skomplikowany – trzy podesty, a do tego dostałam buty z twardej skóry, które mnie uwierały. Kiedy zaczęłam iść, myślałam, że nie dojdę do końca. Już po kilku krokach chciałam się zatrzymać… I wtedy usłyszałam oklaski. Poczułam, jakbym dostała skrzydeł.

Helena Norowicz w kampanii Bohoboco
Czy to był moment, kiedy pokochała Pani modę?
Nie, moda zawsze gdzieś przewijała się w moim życiu. Jeszcze w szkole aktorskiej projektantka z Telimeny zaproponowała mi udział w sesji zdjęciowej. Niestety, gdy za długo stoję, mam tendencję do omdlewania, więc podczas przymiarek prawie straciłam przytomność. Musiałam zrezygnować. Potem, kiedy byłam z teatrem w Nowym Jorku, zaczepił mnie pewien mężczyzna. Okazało się, że prowadzi butik na Piątej Alei i zaproponował, żebym prezentowała jego ubrania w sklepie. To była bardzo kusząca propozycja.
Przyjęła ją Pani?
Niestety nie. Chodziło o długość pobytu. Gdybym nie wróciła do kraju, miałabym kłopoty. Zapytałam nawet dyrektora teatru, czy mogłabym wyjechać na rok, ale udawał, że nie słyszał pytania.
A więc do trzech razy sztuka.
Chyba tak. Przyznam, że zawsze lubiłam się ładnie ubierać. Często korzystałam z teatralnej pracowni krawieckiej. Przynosiłam swoje rzeczy i prosiłam o przeróbki. Kiedy chodziłam w ubraniach od krawca i butach robionych na miarę, czułam się na ulicach Nowego Jorku jak na wybiegu. Zresztą w Paryżu pewna kobieta zapytała mnie kiedyś, skąd mam to, co mam na sobie. Odpowiedziałam, że z Polski. Była zdziwiona: „To w Polsce są takie ubrania?”. A ja jej na to: „Oczywiście, w każdym sklepie!”.
Co Panią inspirowało, gdy projektowała Pani własne ubrania?
Instynkt? Zawsze wiedziałam, co mi się podoba, a co nie. Wiedziałam też, co chcę nosić. Przez jakiś czas Janina Seredyńska pożyczała mi modowe magazyny. A w XXI wieku polska moda naprawdę rozwinęła się na światowym poziomie.
Nigdy nie myślała Pani o własnej marce modowej?
Nie, absolutnie. Lubiłam w tym uczestniczyć, ale nigdy nie nauczyłam się rysować. W szkole jedyny dobry stopień z rysunku dostałam za… narysowanie kurtyny teatralnej.
To jak przedstawiała Pani swoje pomysły krawcowi?
Widziałam wszystko oczami wyobraźni. Pokazywałam: to odciąć, to przypiąć. Krawiec często mówił, że to się nie uda. A potem powstawała całkiem ładna rzecz.
Czy dziś wciąż korzysta Pani z pomocy krawca?
Czasami. Ale przez lata nagromadziłam tyle ubrań, że w dużej mierze korzystam z tego, co już mam.
Skończyła Pani właśnie 91 lat. Możemy się od Pani uczyć otwartości i kreatywności. Jaką jeszcze lekcję mogłaby Pani nam dać?
„Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe.” To moje motto. Nie lubię się jednak narzucać ani dawać rad. To, co sprawdza się u mnie, niekoniecznie pasuje innym. Mogę jedynie coś zasugerować.
Często pracuje Pani z młodymi ludźmi. Czerpie Pani od nich energię?
Bardzo lubię pracować z młodymi. Uwielbiam ich entuzjazm. Jeśli mogę się czymś podzielić – robię to, choć nie mam gotowych recept na życie. Jestem zaskoczona, ile sympatii dostaję od młodych ludzi. Ja sama już niewiele od nich czerpię, bo muszę liczyć się ze swoją kondycją i wiekiem. Ale patrzę na nich z lekką zazdrością. Myślę wtedy: „Boże, ja też kiedyś miałam tyle lat!”.
Gdyby mogła Pani cofnąć czas, zrobiłaby to Pani?
Może, ale o dziesięć lat to by się nie opłacało. Cofnęłabym się raczej do dzieciństwa. Niestety, wtedy trwała wojna. Widziałam straszne rzeczy. To był dramatyczny czas dla wszystkich rodzin. Wtedy postanowiłam, że jeśli przeżyję, nigdy nie będę miała dzieci. Nie chciałam, by musiały cierpieć tak jak ja. Ta wojna bardzo mnie naznaczyła. Myślę, że to dlatego w życiu jestem raczej wycofana.
Rozumiem. To może powie mi Pani, do których wspomnień wraca najchętniej?
Do podróży. Uwielbiam poznawać nowe miejsca, kulturę, architekturę. Mam też wrażenie, że ludzie za granicą są bardziej życzliwi – częściej mówią sobie komplementy. Takie wspomnienia najbardziej lubię.
Gdzie chciałaby Pani teraz polecieć?
Chętnie wróciłabym do Londynu. Byłam tam trzy razy i zawsze czuję się tam dobrze.
A czego jeszcze Pani sobie życzy?
Żeby jak najdłużej być w formie i móc robić to, na co mam ochotę. I muszę dodać, że jestem bardzo wdzięczna – bo moje życie spełnia się tak, jak tego chcę.

Helena Norowicz, fot. IG @helenanorowicz
