lamode > MODA POLSKA > OSOBOWOŚCI > Z WIZYTĄ U… BOHOBOCO
Lamode.info

Z WIZYTĄ U… BOHOBOCO

Z WIZYTĄ U… BOHOBOCO

Dodane przez Ewelina Jabkiewicz
15 Kwiecień '16

Jak nie wpaść w kołowrotek fast fashion i co daje wyhamowanie formuły 1., o liście marzeń do spełnienia i mistycznej podróży śladami Anny Dello Russo, o chemicznym składniku „muzy” i gangu Bohoboco – to i więcej w naszej ostatniej rozmowie z duetem polskiej marki – Kamilem Owczarkiem i Michałem Gilbertem Lach!

 

Co u Was słychać? Nad czym obecnie pracujecie?


Michał Gilbert Lach: Pracujemy obecnie nad kilkoma projektami, ale z doświadczenia nauczyliśmy się, że mówimy o naszej pracy, jak są widoczne jej efekty. Po drodze zawsze są jakieś zmiany, a jak już raz coś się powie, to potem wszyscy oczekują, że właśnie tak będzie. Nie chcemy się tym blokować i wolimy chwalić się efektami niż kolejnymi etapami pracy.

 

Kamil Owczarek: Oczywiście realizujemy wszystkie projekty na bieżąco, które są związane z kolekcjami sprzedażowymi. Gilbert zajmuje się stroną biznesową, butikami – cały czas trzeba to nadzorować. Natomiast głównym naszym zajęciem jest wdrażanie kilku nowych projektów, ale rzeczywiście one muszą mieć ciszę, swoją przestrzeń i dopiero jak się zrealizują, będziemy mieć temat do kolejnego spotkania.

 

M.G.L.: Oprócz tego, że są pokazy, kampanie, sesje, ubieranie gwiazd, naszą codzienną pracą jest tworzenie ubrań. W sezonie powstaje około 120 modeli, a do sprzedaży trafia ich z 250. Rozdzielając to na cały rok, prawie codziennie tworzymy jeden projekt. O tym możemy mówić, bo to jest stałe od lat i nie przewidujemy zmian w tym temacie.

 

Nie lubicie zapowiedzi, ale czy możecie już powiedzieć, że zbliża się pokaz?


M.G.L.: Małymi krokami zaczyna się zbliżać jakiś event, ale tak jak mówię, wszystko jest w trakcie realizacji, więc konkretów jeszcze nie możemy zdradzić.

 

To może inaczej: gdzie obecnie szukacie inspiracji?


K.O.: Obecnie bardzo inspiruje nas sztuka użytkowa. Ostatnio współpracowaliśmy z Biedronką – był to prosty, przyjemny projekt, który potwierdza, że nasze zainteresowania wybiegają poza modę rozumianą jako ubrania. Mamy całą tablicę różnych inspiracji, które nie są stricte ubraniami czy materiałami, ale czymś zupełnie nowym.

 

M.G.L.: Z inspiracjami jest tak, że ich się specjalnie nie szuka. Trzeba być po prostu otwartym i przygotowanym, a one same przychodzą. Przykładowo, w niedzielę byliśmy ze znajomymi w kinie na pięknym filmie i podczas seansu przyszła nam do głowy pewna inspiracja, która, mam nadzieję, kiedyś zaowocuje.

 

Jaki to film?


M.G.L.: „Dziewczyna z portretu”. Przepiękny film!

 

K.O.: Również smutny.

 

M.G.L.: Wyciskacz łez, uwielbiam takie. Zdjęcia, gra, kostiumy, fabuła – naprawdę warto pójść zobaczyć.

 

Kamil Owczarek i Michał Gilbert Lach (fot. Marta Waglewska / LAMODE.INFO)

 

FAST FASHION


Obecnie oglądamy też pokazy w najważniejszych ośrodkach na świecie. Stolice mody są dla Was szczególnie ważne, ponieważ tytułujecie Bohoboco następująco: „Nowojorska nonszalancja. Londyńska awangarda. Paryska elegancja. Mediolańskie dolce vita". Czy moglibyście te hasła rozwinąć?


K.O.: Pamiętam, jak tworzyliśmy szkic marki i określaliśmy w jakich ramach chcielibyśmy się poruszać, a jednocześnie zastanawialiśmy się jaki panuje obecnie styl w Polsce. Jeszcze parę lat temu polska moda była niszowa albo bardzo niedostępna, ponieważ wyłącznie grono wybranych klientek mogło sobie pozwolić na projekty od Maćka Zienia czy Gosi Baczyńskiej. Moda była wtedy niejako tematem tabu

 

M.G.L.: Ona była też wyłącznie czerwonodywanowa.

 

K.O.: Chcieliśmy zrobić coś zupełnie nowego. Doszliśmy do wniosku, że ta nasza polska moda jest swoistą mieszanką (wtedy szczególnie), ponieważ kobiety podróżowały, obserwowały, zbierały trendy z całego świata i przywoziły je do kraju. Taki eklektyczny styl na zasadzie „coś mam z Mediolanu, byłam w Nowym Jorku, śledziłam paryską markę itd.” świadczył o zdolności Polek do kolażu mody z różnych miejsc. Tak, jak Paryżanki nie są może w stanie przełamać swoich estetycznych przekonań, tak Polki próbowały wszystkiego. Jak to wszystko znalazło się w Warszawie, powstał styl, który jest mimo wszystko dosyć charakterystyczny. Jeżeli jest się w stolicy na wieczornym evencie, od razu wiadomo, że to Warszawa, a nie np. Londyn. W momencie powstawania marki byliśmy tak głodni estetyki i dizajnu, że stwierdziliśmy, że absorbujemy ten cały świat. Dla nas nic nie jest dziwne, nic nie jest za bardzo, nic nie jest za mało itd.

 

M.G.L.: Kiedyś ktoś zadał nam pytanie: pięknie opisaliście światowe stolice, jesteście polskim duetem, macie w nazwie Warsaw, a zapomnieliście opisać styl Warszawy? Dla nas to jest właśnie kwintesencja stylu Warszawy.

 

Można postawić znak równości między Waszym opisem a stylem stolicy?


M.G.L.: Zdecydowanie tak, to styl, który my kochamy i w naszej stolicy rozkwita.

 

A czy w takim razie obserwujecie obecnie trwający fashion week? Jakieś pokazy szczególnie przykuły Waszą uwagę?


M.G.L.: Przyznam się, że ostatnio nie mam czasu nawet śledzić Facebooka i Instagram, co jest dosyć dziwne, bo do tej pory skrupulatnie tego pilnowałem. Obecnie postępują u nas zmiany i to mocno angażuje.

 

K.O.: Ja śledzę, ale ostatnio trochę się pogubiłem. Świat rozwija się szybciej niż ludzki umysł. Moda, technologie i inne współczesne dziedziny tak pędzą, że albo to ja jestem staromodny, albo trudno to ogarnąć. Kolekcje cruise, pre-fall, ready-to-wear, couture – fashion week trwa cały rok.

 

M.G.L.: Właściwie to wcale się nie dziwimy jak obserwujemy to, co dzieje się na świecie - kolejni dyrektorzy artystyczni odchodzą, bo nie dają rady. My stwierdziliśmy, że trochę wyhamujemy, ponieważ nie chcemy wpaść w ten kołowrotek, w którym znajduje się obecnie branża.  

 

K.O.: Zmartwiłem się odejściem Rafa Simonsa, bo to on stworzył dom mody Dior na nowo i zaproponował zupełnie inną, interesującą koncepcję marki. Jednak obserwując to, ile on wypuszczał tych kolekcji rocznie, musiało dojść do wypalenia i spotkania ze ścianą.

 

M.G.L.: Traci się radość pracy, człowiek staje się maszynką do wypluwania z siebie kolejnych obowiązków.

 

K.O.: Traci się zupełnie satysfakcję z projektu. Marki prześcigają się, ale ten czynnik ludzki – to, że odchodzą kolejni dyrektorzy artystyczni, nie wpływa korzystnie na wizerunek firmy. Widać, że ci ludzie zaczynają szukać spełnienia w spokojnej pracy.

 

Czy jest jakaś recepta na to, jak to wszystko połączyć?


M.G.L.: Trzeba wyhamować. Nasza marka od początku też się nakręcała, działo się dużo, a my biegliśmy z tym nurtem. W końcu jednak uświadomiliśmy sobie, że my nie jesteśmy tak wielkim przedsiębiorstwem jak Dior czy inne wielkie domy mody na świecie, gdzie na pokaz i cały ten sukces pracuje kilkaset osób, a dyrektor artystyczny ma swoją świtę specjalistów. My jesteśmy w Polsce, gdzie są zupełnie inne budżety i dostęp do specjalistów, a na naszej głowie od początku spoczywało wszystko – od biznesu, poprzez wizerunek, aż po twórczość i projektowanie. Stwierdziliśmy, że hamujemy, nie wpadamy w ten wir, bo nie wiadomo, jak głęboko nas wciągnie i zaczynamy pracować swoim własnym rytmem. Myślę, że na świecie też zacznie wszystko zwalniać.

 

K.O.: Wszystko toczy się torem sinusoidy. To, co dzieje się obecnie na świecie, osiągnęło szczyt. Ludzie nie zmieniają się tak szybko, jak zmienia się świat. Trzeba znaleźć swoją niszę i swój rytm.

 

M.G.L.: To wszystko wynika też z konsumpcjonizmu. Dawniej pojawiała się kolekcja, która wisiała w butiku pół roku, a klienci przychodzili wtedy kiedy mieli potrzebę kupienia czegoś nowego. Teraz zarówno kobiety, jak i mężczyźni cały czas muszą mieć dostęp do nowości, bo inaczej nie ma sprzedaży. System szybkiego wprowadzania mody wziął się z sieciówek i teraz doszedł również do wysokich marek.

 

K.O.: Świetnie to widać po liniach akcesoriów. Kiedyś bez problemu można było powiedzieć co jest torebką sezonu lub co jest w danym okresie modne. Dzisiaj wszystko jest w trendach i trudno jednoznacznie określić jakieś ramy. Ktoś np. powiedział, że kolorem tej zimy jest marsala.

 

Pantone ogłosił tę barwę kolorem roku 2015.


K.O.: Właśnie, ale ja nie zauważyłem silnego trendu na ten kolor. Obecnie z tysiąca kolekcji naprawdę trudno wyłapać jest, że akurat ta barwa jest dominującą tendencją.

 

M.G.L.: Jak byłem jeszcze stylistą fryzur, modna była jedna fryzura i każda klientka wychodziła z salonu z wywiniętymi włosami i górą w stylu lat 60. Kiedyś obowiązkiem było wpisywanie się w konkretny trend, potem ludzie zaczęli patrzeć na indywidualizm, na podkreślenie swojej osobowości i każdy wyłapuje z tego wszystkiego to, co dla niego jest potrzebne. To właśnie spowodowało, że moda musi mieć szeroki zakres i nie idzie jednym nurtem. To jest fajne!

 

Czyli ten trend ma również swoje plusy?


M.G.L.: Tak!

 

K.O.: Znajdujemy się obecnie w okresie, w którym modne jest wszystko, ale jednocześnie zauważa się powrót klasyki – do lat 20., 50., 60. lub 70.

 

Showroom Bohoboco (fot. Marta Waglewska / LAMODE.INFO)

 

CHEMICZNY SKŁADNIK MUZY


Modne jest wszystko i trendy się zmieniają, ale Was niezmiennie inspirują trzy wyjątkowe kobiety. Żadna marka w Polsce nie akcentuje tak mocno tytułu muzy jak Wy. Riccardo Tisci z Givenchy często mówi o kobietach, które go inspirują i motywuje ten fakt tym, że wychowywał się przy matce i ośmiu siostrach. Jak to jest u Was?


M.G.L.: U mnie też od dziecka kobiety zajmowały ważne miejsce i miały duży wpływ na moje wychowanie. Mam dwóch braci i tatę, ale oni raczej trzymali się razem, a ja pozostawałem bliżej babci, mamy i siostry. Kiedy byłem jeszcze dzieckiem i pytano mnie co zamierzam w życiu robić, zawsze odpowiadałem, że chcę zajmować się wyglądem zewnętrznym kobiet. Wtedy jeszcze nie potrafiłem tego sprecyzować, ale wiedziałem, że to będzie to. Właśnie dlatego muzy tak nas inspirują – bo każda kobieta jest fascynująca. Zarówno Aga Cegielska, Pani Helena Norowicz i Magdalena Mielcarz to są właśnie osoby, które przychodząc do nas, otwierają nam księgę wyobraźni, kreatywność zaczyna pulsować i tworzymy fajne rzeczy.

 

K.O.: Ja studiowałem prawo i zawsze myślałem, że skończę jako prawnik…

 

M.G.L.: Tak, ale jak teraz przychodzi umowa, to nawet do niej nie zagląda (śmiech)!

 

K.O.: Będąc na zaawansowanym etapie moich studiów doszedłem do wniosku, że świat należy do odważnych, a jeżeli przerwę studia, to zawsze mogę na nie wrócić. Postanowiłem wyłamać się z biegu, którego wymaga otoczenie oraz życie i spróbować zrobić coś na odwrót. Nie było to łatwe. Początki i szukanie swojej drogi nigdy nie należą do prostych, natomiast obecność obok inspirujących osób (nie tylko kobiet i muz) dodaje wiary, że to, co robisz, ma sens. Ci bliscy ludzie bardzo wpływają na twoją pracę i podejście do niej, na przekraczanie swoich barier.

 

Jeżeli natomiast mowa o muzach i projektowaniu… Przy tworzeniu dla klientek, mamy sztywne zasady, musimy brać pod uwagę opinie sprzedawców i preferencje konsumentów. Z kolei przy projektowaniu dla muz, one pozostawiają nam wolną rękę i potem wychodzą takie rzeczy, które niekoniecznie mogą trafić do sprzedaży, ale mamy ten wentyl, który daje możliwość wykorzystania nadmiaru kreatywności. Nie „dusi” nas fakt, że robimy czasami projekty bardziej komercyjne, bo jednocześnie możemy sobie pozwolić, żeby totalnie zaszaleć. Wtedy higiena umysłu projektanta jest zadbana!

 

M.G.L.: Poza tym, to są również fajne towarzyskie spotkania. To są ciekawe osoby, bardzo się lubimy, szanujemy i każdy każdego potrafi natchnąć do jakiegoś kroku, do pójścia w jakimś kierunku.

 

K.O.: Każdy ma też swoją historię. Na przykład, Pani Helena opowiadała jak pływała statkiem do Nowego Jorku, jak nosiła długie włosy, jak była hipiską…

 

M.G.L.: Aga z kolei dba o nasz zdrowy tryb życia. Dzięki tym relacjom nasze wspólne życie się wzbogaca. Między nami jest po prostu chemia! W temacie muzy najważniejszy jest właśnie ten chemiczny składnik, dzięki któremu dwa bieguny mogą się przyciągać.

 

K.O.: Pozostając w temacie rodziny… Aga zawsze chciała mieć brata i teraz mówi, że ma dwóch, z którymi może spędzić czas również prywatnie – gotujemy, chodzimy na jogę i robimy różne inne rzeczy niezwiązane wyłącznie z czerwonym dywanem.

 

Zaczęliście już mówić o poszczególnych kobietach… Wasze muzy są do siebie jednocześnie podobne, ale też i różnią się od siebie. Jakie one tak naprawdę są?


K.O.: Ostatnio właśnie o tym myślałem. Mamy kontakt z Magdą Jasek, Magdą Mielcarz, Agnieszką Cegielską, Panią Heleną i Małgosią Sochą. Jest coś, co je łączy, nie są całkiem z innej bajki. Mają wspólne cechy, jak klasa, skromność, inteligencja, świadomość…

 

M.G.L.: …kobiecość, siła. Ja z drugiej strony powiem, że one są bardzo kontrastowe. Każda przedstawia całkiem inną szufladkę osobowości i charakterów. Natomiast są one również zamknięte w pewnym nawiasie naszego świata – świata Bohoboco.

 

K.O.: Tak, jak Riccardo Tisci mówi o swoich muzach „Gang Givenchy”, tak samo to jest również nasz gang. Oczywiście jego grupa ma inny charakter – jest bardziej drapieżny, wyzwolony, a tutaj jest klasa, mądrość, inteligencja, kobiecość, ale nasze muzy zdecydowanie mogłyby stworzyć gang, który mógłby coś nabroić!


M.G.L.: Tak, takie Aniołki Charliego. Aniołki Bohoboco!

 

Czy te wszystkie cechy charakteryzują również Wasze klientki?


K.O.: Chcielibyśmy, żeby przychodziły do nas takie klientki, które czytają emocje wkładane przez nas do projektów.

 

M.G.L.: Tak naprawdę to klient decyduje, czy czyta naszą bajkę i należy do naszego świata. My możemy sobie wyobrażać, myśleć, planować, ale ostatecznie to klient przychodzi i to on podejmuje ostateczną decyzję.

 

RÓŻNE OBLICZA SUCKESU


Najwyraźniej wiele osób podejmuje pozytywną decyzję, ponieważ na każdym „ważnym” czerwonym dywanie w Polsce pojawia się kreacja Bohoboco. Czy jest jeszcze jakaś gwiazda, która nie miała okazji nosić Waszych projektów, a chcielibyście ją ubrać?


M.G.L.: Jest dużo gwiazd światowych, które nas mocno inspirują…

 

K.O.: …dlatego marzy nam się oscarowy czerwony dywan. Jeżeli mówimy o mapie marzeń i wizualizacji, to na pewno ta gala. Nie wiem czy konkretna osoba, ale ta emocja i tradycja byłyby dla nas przełomem.

 

M.G.L.: Tak, to jest cel, do którego dążymy i jest jednym z naszych największych marzeń, obok światowych pokazów i butików.

 

K.O.: Poza tym, to jest miejsce, w którym wielu aktorów, kompozytorów i także projektantów zaczynało swoje wielkie kariery. Bycie dostrzeżonym tam, to bycie dostrzeżonym wszędzie.

 

M.G.L.: Mieliśmy to szczęście, że prawie od początku istnienia marki gwiazdy bardzo chętnie wybierały nasze projekty. Na polskim czerwonym dywanie zrobiliśmy dużo, więc teraz jesteśmy na etapie prześcigania się sami ze sobą. To sprawia nam przyjemność, możemy się wyżyć, stworzyć fajne rzeczy, ale teraz już nas ciągnie na kolejną wyższą półkę, czyli ten czerwony dywan na świecie.

 

Sukcesy na czerwonym dywanie, ale również sukcesy związane z popularnością kampanii… Sesja z Panią Heleną Norowicz (zobaczcie TUTAJ!) była oceniana przez branżę jako jedna z najlepszych w sezonie, a nawet roku.


M.G.L.: Nawet dodam, że ostatnio byliśmy w ciężkim szoku jak czytaliśmy podsumowanie 2015 roku przygotowane przez ekonomistów i marketingowców. Pojawiły się tam marki pokroju Ikea oraz Coca Cola – same światowe firmy i razem z nimi nasza sesja jako kampania roku. To miłe, że taka mała marka modowa (umówmy się, w Polsce moda to nie jest jeszcze wielki biznes), może stworzyć kampanię, która konkuruje z gigantami.

 

Nie byliście świadomi, że ta kampania może mieć taki wydźwięk?


K.O.: Koncepcję kampanii stworzyliśmy tutaj w biurze w klika osób. Nie było żadnego badania zasięgu reklamowego Pani Heleny lub podobnych rzeczy. To była po prostu intuicja!

 

M.G.L.: Ale też serce, ponieważ do tematu kampanii czy pokazu podchodzimy bardzo emocjonalnie. Jeżeli chodzi o projekty wizerunkowe, to zawsze musimy to czuć. Jeżeli jesteśmy przekonani, że to jest to, wchodzimy, robimy i zazwyczaj wtedy jest najfajniejszy efekt tej pracy. 

 

K.O.: Czasami jest tak, że ludzie nam radzą, że to może nie, że tamto sobie odpuście. Mam wrażenie, że nasza zawziętość i dążenie do czegoś z pełnym przekonaniem są właśnie siłą marki. Pamiętam, jak rozmawialiśmy ze scenografką na temat „dywanowego” pokazu (zobaczcie TUTAJ! – przyp.red.)... Mówiła nam, że układanie tysięcy metrów tej wykładziny będzie trwało tygodniami.

 

M.G.L.: Kilka dni przed pokazem wszyscy chcieli to odpuścić, bo ile to ludzi, jaki to ciężar itd. My na to: nie! To już jest nasza bajka, mamy do niej stworzoną kolekcję, wszystko współgra ze sobą i idziemy w to.

 

K.O.: Ludzie mają fajne pomysły, tylko brak im konsekwencji, bo w którymś momencie wchodzi lęk i myśl,że nie się nie uda. „Więc zróbmy coś, co na pewno wyjdzie, będziemy mieć to z głowy”. Kiedy przekracza się moment zwątpienia, to wtedy wychodzi wszystko! Takie wątpliwości mogły się pojawiać przy tej ostatniej kampanii z Panią Heleną.

 

M.G.L.: To było duże ryzyko, również przy pierwszej kampanii wiosennej Pani Heleny z Magdą Jasek. To był projekt w stylu „na dwoje babka wróżyła”, ale my to czuliśmy, wiedzieliśmy, że mamy do przekazania jasny komunikat.

 

K.O.: Nigdy dotąd czegoś podobnego nie robiliśmy, Pani Helena również, obawialiśmy się, że to duże obciążenie. W końcu to kilkanaście godzin na planie, zmiany fryzur, wizażu, przebiórki, obcasy, pozy, częsty bezruch. Okazało się jednak, że Pani Helena tak się w to wkręciła, że zgubiła telefon, mąż do niej wydzwaniał z pretensjami, a po wszystkim nie mogła uwierzyć, że to już koniec.

 

M.G.L.: Podobna sytuacja miała miejsce przy pokazie, który Pani Helena miała zamknąć. To super odważna kobieta, która nie boi się ryzyka. Mieliśmy wtedy bardzo długi wybieg, najdłuższy w Polsce, nie wiem czy nie jeden z dłuższych na świecie. Młode modelki miały duży problem i po dwóch, trzech próbach mówiły, że już je nogi bolą. Nigdy nie zapomnę tego momentu, kiedy przyszła Pani Helena, osiemdziesiąt parę lat, założyła szpilki i chodziła na próbach, nic nie narzekając. Tylko dopytywała, czy nam czegoś nie zepsuje, czy dobrze idzie, nad czym popracować. Skończyły się próby generalne, modelki poszły się malować i czesać, na sali cisza, ja wchodzę, patrzę, a tam Pani Helena runda za rundą, trzecia, czwarta i ćwiczy dalej. Podeszła do pokazu, jak i sesji zdjęciowej, bardzo profesjonalnie. Potraktowała to jak aktorskie zadanie, a jednocześnie pokazała prawdziwą siebie. To było najcudowniejsze w tej współpracy, to jest nasz skarb! Odbiorcy oglądają efekt, a my możemy widzieć całą drogę – podejście ludzi, przygotowania, emocje, starania.

 

K.O.: Podsumowując… Nigdy nie wybieramy półśrodków, zawsze idziemy na całość.

 

Wielu projektantów pewnie też chciałoby pójść na całość, ale nie pozwalają im na to środki finansowe.


K.O.: Dla chcącego…

 

M.G.L.: …nic trudnego. U nas każdy pokaz jest coraz droższy, natomiast mamy szczęście do super partnerów, którzy chcą z nami współtworzyć konkretne projekty i uczestniczyć w różnych wydarzeniach, doceniają naszą pracę oraz mają pewność, że ich pieniądze nie będą wydane na marne – że to będzie wydarzenie, o którym będzie głośno. Cieszymy się, że przylgnęła do nas metka spektakularnych wydarzeń. Pamiętam, że już od naszego pierwszego pokazu marzyliśmy o wielkich prezentacjach na miarę Dior lub Chanel i tą drogą zamierzamy iść. To jest właśnie to, co oprócz kolekcji, pozwala nam się wyżyć artystycznie w tym świecie. Bo co to jest pokaz mody? To 10-15-minutowy spektakl, podczas którego oglądamy modelki ubrane w najnowszą kolekcję. Żeby na dłużej zatrzymać w widzach te uczucia, trzeba do tego dołożyć całą sferę emocjonalną. Chcemy, żeby weszli do swego rodzaju bajki. To chyba dziecięce marzenia, te baśnie pozostają w człowieku. I dobrze!

 

Pracownia Bohoboco (fot. Marta Waglewska / LAMODE.INFO)

 

Mówisz o dzieciństwie, a ja przewrotnie chciałabym teraz zapytać o dojrzałość w modzie, której Wy jesteście w Polsce z pewnością prekursorami. Skąd pomysł, żeby zaangażować w swój projekt taką osobowość jak Pani Helena? Idea przyszła razem z wiekiem klientek?


M.G.L.: Dokładnie, wszystko wyszło od klientek. Od początku założyliśmy sobie, że ta marka musi być biznesem modowym, a nie tylko czerwonodywanowym celebryctwem. Otwarcie słuchamy tego, co mówią nasi sprzedawcy i nasze klientki. To właśnie dzięki nim marka się rozwija, a my możemy spełniać swoje marzenia w pokazach, kampaniach i innych projektach. Pamiętam, jak na jednym ze spotkań sprzedawcy powiedzieli, że przychodzi bardzo dużo dojrzałych, dorosłych kobiet i mówi: wszystko jest takie dla młodych osób, dla nastolatek, dla chudych modelek, a nic nie ma dla dojrzałych kobiet. Mocno nam to utkwiło w głowach i zaczęliśmy się zastanawiać, czy może nie przekazać w kampanii komunikatu, że nie tworzymy mody, która ma metrykę. Tak naprawdę to ludzie się blokują i często śmieję się, żeby ktoś pokazał mi, że na tej metce napisane są zalecenia wiekowe. Stwierdziliśmy, że fajnie byłoby zabawić się niekonwencjonalną kampanią, żeby pokazać zarówno młodą nastolatkę, jak i kobietę, którą utożsamia Pani Helena i udowodnić, że każdy znajdzie tu coś dla siebie, tylko trzeba się odblokować.

 

K.O.: Gdyby ktoś miał powiedzieć, jaki kolor jest naszym ulubionym, to poza szarym, byłby to czarny i biały. Dwie przeciwstawne barwy jako całość i jako odmienność. Tak naprawdę od zawsze próbowaliśmy tę modę budować na zasadzie kontrastów – lekkie z ciężkim, letnie z zimowym. Odzież, akcesoria i w końcu sylwetki budujemy w oparciu o przeciwstawne cechy. Przykładowo, stworzyliśmy sandały, które miały bardzo cieniutki obcas, właściwie na granicy możliwości, a do niego zaproponowaliśmy mocno futrzany przód. Poza tym, perfumy – wanilia z pieprzem.

 

M.G.L.: Lub klasyczne, eleganckie szpilki wykonane z wełny.

 

K.O.: Dlatego też nasza kampania jest kontrastowa. Była w niej nowa, świeża moda z ówczesnego sezonu plus osobowość z przeszłości, z dawnych czasów. Swoją drogą, bardzo byliśmy ciekawi jak Pani Helena odnajdzie się w tych obcasach, tiulach, dużych spódnicach, futrach itd. Pamiętam przymiarkę, kiedy Pani Helena wzięła pierwszą z brzegu sukienkę i okazało się, że był to projekt z koła, do pół łydki, z dziurą na brzuchu i dużym dekoltem. Założyła ją, dobrała szpilki z showroomu, przyszła tu do biura, stanęła i mówi: „I co? Nadaje się?” (śmiech). 

 

M.G.L.: Stanęła pod ścianą i zaczęła pozować. To było niezwykle zabawne, bo ona sama nie wierzyła, że się nada. Z resztą, bardzo rozważała czy przyjąć tę propozycję. Zanim tu przyszła, miała poważną burzę mózgów, ale w końcu stwierdziła: „co mi zależy, mam swoje lata, dużo życia mi nie zostało, wchodzę we wszystko, co mi los przyniesie”.

 

K.O.: Pamiętam, jak wspominała, że jej wielką pasją jest uprawianie działki pod Warszawą. Po pół roku współpracy z nami, pytam jak tam ogród, a Pani Helena na to: „Panie Kamilu, pan da spokój, wszystko uschło, ja tam nie byłam od marca” (śmiech).

 

M.G.L.: Właśnie przypominam sobie, jak mówiła, że już teraz odchodzi na emeryturę i zajmie się swoim ogródkiem, a ja na to: „Pani Helenko, czy jest Pani świadoma, że ta kampania, jeżeli będzie głośna, to może Panią odmienić?”. Nie wierzyła i była przekonana, że swoje już przeżyła, a teraz co? Kwiatki uschły, a Pani Helena została Ikoną Mody Elle Style Awards. Śmiejemy się wspólnie, że stworzyliśmy potwora medialnego (śmiech)! To też jest fajne w tych relacjach, że mimo różnicy wieku, możemy sobie pożartować, pośmiać się…

 

K.O.: …zrobić selfie. To wszystko jest dla nas niezwykle ciekawe, jak ona się tutaj zjawia – to nie jest dla nas zwykłe spotkanie, ale naprawdę wielkie wydarzenie.

 

NABIERANIE WIATRU W ŻAGLE


Rok 2015 był dla Was niezwykle owocny. Kolekcje, kampanie, pokaz, współprace z Magnum, Briju, Biedronką. Jak Wy byście podsumowali ten rok?


K.O.: Dobre podsumowanie – owocny.

 

M.G.L.: Owocny i na pewno przełomowy. Był też bardzo pracowity.

 

To przejdźmy do szerszych podsumowań. W listopadzie obchodziliście 6-lecie Bohoboco i napisaliście na Facebooku: „cóż to był za czas…”. Więc: cóż to był za czas?


M.G.L.: To był czas pędzący jak bolid formuły 1.

 

K.O.: Na pewno skończyliśmy przez sześć lat studia na kilku wydziałach – od marketingu, bankowości i ekonomii, przez zarządzenie zasobami ludzkimi i psychologię, po architekturę, inżynierię i akademię sztuk pięknych. To było, dla osób totalnie zielonych, niemających żadnego doświadczenia i przygotowania, naprawdę pouczające.

 

M.G.L.: Skoczyliśmy na głęboką wodę, przez sześć lat w niej pływaliśmy i po zdobyciu tych wszystkich tytułów (może nie od razu magistra, ale zawsze), zaczęliśmy odczuwać, że powoli z tej wody wypływamy i dopiero teraz nabieramy wiatru w żagle. Jesteśmy już pewni, świadomi i teraz możemy inaczej do tego wszystkiego podchodzić. Najpierw była formuła 1, której daliśmy się ponieść, a teraz trochę zwolniliśmy i krok po kroku układamy sobie szczebelki, które mają nas prowadzić drabiną w górę.

 

Jak już rozłożyliście te żagle, to co planujecie, jakie cele postawiliście przed sobą na ten rok? Na wstępie zaznaczyliście, że nie lubicie mówić o planach, ale…


K.O.: Ale podchwytliwie… kropla drąży skałę (śmiech)!

 

Pytam ogólnie (śmiech)! To inaczej: czego byście sobie w tym roku życzyli?


M.G.L.: Będą premiery kilku rzeczy, będą eventy, mamy nadzieję, że otworzymy kolejne butiki. Wszystko na pewno będzie się kręciło wokół mody.

 

To może jakieś postanowienia noworoczne?


M.G.L.: Moim było np. pójść na siłownię i zacząłem (śmiech)!

 

K.O.: Żyć zdrowo, dbać o siebie. Tak naprawdę jeżeli to jest zagwarantowane, to potem już każdy pomysł czy projekt jest przyjemnością.

 

M.G.L.: Odbyliśmy bardzo mistyczną podróż, bo wybraliśmy się ze znajomymi na święta i nowy rok do Indii na ajurwedę. Przed tym były też joga i praktyka medytacji za sprawą Agi. Dzięki temu wróciliśmy odmienieni i totalnie inaczej podchodzimy do rzeczywistości. Wcześniej skupialiśmy się wyłącznie na funkcjonowaniu i rozwoju firmy, natomiast teraz wiemy, że my musimy czuć się dobrze sami ze sobą, a wtedy cały świat wokół będzie nam sprzyjał i dawał większe możliwości.

 

Daleka podróż i odległa kultura… Z pewnością przywieźliście stamtąd wiele ciekawych inspiracji?


K.O.: Akurat byliśmy w bardzo prowincjonalnej części Indii.

 

M.G.L.: Przez chwilę mieliśmy podróż śladami Anny Dello Russo, ponieważ była w tym samym czasie w ośrodku obok, tylko wyjechała dosłownie moment przed nami. Jak my byliśmy na plaży, to okazywało się, że ona była tam dzień wcześniej. Nie ukrywam, że liczyliśmy na to, że nasze drogi może się przetną, ale niestety tym razem nie było nam dane. Jednak to było mistyczne przeżycie, że znaleźliśmy się w tym samym czasie i w tym samym miejscu z taką osobowością świata mody, więc stwierdziliśmy, że to może jest dla nas jakiś kierunkowskaz i znak na przyszłość.

 

Wróćmy jeszcze na koniec na nasze podwórko. Czy jest może coś, czego moglibyście życzyć polskiej modzie w tym roku?


M.G.L.: Żeby się nie zatrzymywała i dalej rozwijała się w takim tempie. Ta polska moda naprawdę zaczyna już coś znaczyć, bo większość ludzi w końcu patrzy też na biznes, a nie tylko na czerwony dywan.

 

K.O.: Coraz bardziej przygląda nam się świat, obecnie z dwóch powodów. Jeden aspekt to potencjał kulturalny. Ostatnio mieliśmy wywiad dla niemieckiego dziennika Die Welt, który pisał o Polsce jako miejscu, gdzie rozwija się kultura, moda, sztuka, film, niezależne produkcje i jest mnóstwo kreatywnych osób…

 

M.G.L.: …i właśnie my byliśmy wytypowani przez redakcję jako przedstawiciele polskiej branży mody.

 

K.O.: Wiem też, że wielu kupców z zagranicy robi research i przyjeżdża do naszego kraju, żeby sprawdzić polskie marki pod kątem wprowadzania ich na rynki światowe. Nie jest to jeszcze na tyle odważne, że się od razu kontaktują, ale już coś się dzieje – bardzo skrupulatnie oglądają wszystkie kolekcje, butiki, śledzą marki w sieci. My po kilku spotkaniach dostaliśmy feedbacki i możemy powiedzieć, że ci ludzie widzą w Polsce duży potencjał. To się wiąże z drugim aspektem - finansowym.

 

M.G.L.: …O tym właśnie mówiłem, jak wspominałem, że biznesowo wchodzimy na inne półki.

 

K.O.: Jeżeli ktoś się fatyguje, żeby przylecieć do Warszawy z drugiego końca świata i przejść się po sklepach, zobaczyć, przymierzyć, to znaczy, że jest to już na tyle interesujące, że ten jego cenny czas zostanie poświęcony i nie będzie zmarnowany.

 

M.G.L.: … Na razie są to działania próbne, ale ziarenka zostały zasiane

Wszelkie prawa zastrzeżone lamode.info 2010 ©
WYKONANIE:
Przeagencja