lamode > COMMUNITY > BLOGOSFERA > NAJTANIEJ NA TARGU PRÓŻNOŚCI. OSOBOWOŚĆ PATTI SMITH.
Lamode.info

NAJTANIEJ NA TARGU PRÓŻNOŚCI. OSOBOWOŚĆ PATTI SMITH.

NAJTANIEJ NA TARGU PRÓŻNOŚCI. OSOBOWOŚĆ PATTI SMITH.

Dodane przez Redakcja, autor: Ela Olech
19 Marzec '14

o s o b o w o ś ć   p a t t i   s m i t h

 

' I ty Prometeuszu, spętany w Jimie Morrisonie, wyrwiesz się na wolność

drugiego września 1975 roku w drzwiach do studia Electric Lady

tworzyłaś Elegię o tych wszystkich z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości

o tych, których straciliśmy, tracimy i mamy stracić

 

magia białej starannie uprasowanej koszuli, w trójkącie światła

przy oknie z widokiem na Piątą Aleję wysokie drzewo awokado

 

                                                    - wiesz co? bardzo podoba mi się biel tej koszuli

                                                    Możesz zdjąć marynarkę?

 

                                                    był pełen światła i cienia

                                                    gdy patrzy teraz na to zdjęcie, nie widzi siebie. Widzi ich.'

                                                    . .

                                                    I idź Johnny, idź i tańcz watusi, tańcz watusi

 

                                                    . .

 

*watusi – taniec solowy popularny we wczesnych latach 60-tych, w Ameryce drugi po twiście.

 

                                                                                                                   źródło: YouTube

 


PATTI SMITH: Well, it’s very classic photograph by Robert, very simple. I’m standing against a white wall with a triangular shadow and dressed in the clothes typical of myself then in just an old white shirt – a clean, old white shirt. Sort of a black ribbon that symbolizes a tie or a cravat; black pants; jacket slung over my shoulder, looking directly at Robert. It has a little bit of Baudelaire, little bit of Catholic boy, a little bit of Frank Sinatra and a lot of Robert.

 patti

Ela Olech - osobowość Patti Smith, fot: Kamil Iwo Krajewski


Nigdy nie uległo wątpliwości, że to Robert zrobi portret na okładkę Horses - miecz mojego brzmienia opakowany jego obrazami. Nie wiedziałam, jak to będzie wyglądało - tylko tyle, że powinno wypaść autentycznie. Obiecałam mu jedno: będę miała na sobie czystą koszulę, bez plam.

             Poszłam do oddziału Armii Zbawienia na Bowery i kupiłam stertę białych koszul. Niektóre były na mnie za duże, jednak spodobała mi się jedna, starannie uprasowana, z monogramem i podwiniętymi rękawami. Na mojej koszuli wyszyto inicjały R. V. . Wyobraziłam sobie, że należała do Roberta Vadima, reżysera Barbarelli. Odcięłam mankiety, żeby koszula zmieściła się pod czarna kurtkę ozdobioną znaczkiem z koniem, który dostałam od Allana Laniera.

            Robert chciał fotografować u SamaWagstaffa, bo jego penthouse przy Piątej Alei numer 1 był skąpany w świetle. Dzięki oknu w rogu tworzył się trójkąt światła. Robert chciał to wykorzystać na zdjęciu.

            Zwlekłam się z łóżka, zauważając, że jest późno. Szybko wykonałam poranne rytuały - pobiegłam na róg do marokańskiej piekarni, chwyciłam chrupiącą bułkę, gałązkę, świeżej mięty i trochę sardeli. Wróciłam i zagotowałam wodę, wrzucając miętę do rondla. Rozkrojoną bułkę polałam oliwą, wypłukałam sardele i posypałam je szczyptą pieprzu cayenne. Nalałam sobie szklankę herbaty. Postanowiłam zdjąć koszulę, żeby jej nie upaprać oliwą.

            Robert przyszedł po mnie. Zmartwiłam się, bo dzień był bardzo pochmurny. Ubrałam się do końca: czarne spodnie z mankietami, białe skarpetki z fildekosu, czarne baletki. Dodałam ulubioną wstążkę, a Robert strzepną okruchy z mojej kurtki.

            Wyszliśmy na ulicę. Był głodny, ale nie chciał zjeść moich kanapek z sardelą, więc skończyło się na tym, że w Pink Tea Cup zjedliśmy jajecznice z kaszą. Dzień nam się wymykał. Było pochmurno i ciemno. Rober wciąż wypatrywał słońca. Wreszcie, późniejszym popołudniem, zaczęło się przejaśniać. Gdy przecinaliśmy plac Waszyngtona , niebo znowu groźnie pociemniało. Robert martwił się, że przegapimy światło, więc pobiegliśmy szybko na Piątą Aleję. Światło już bladło. Nie było asystenta. Nie rozmawialiśmy o tym co zrobimy, ani jak będzie to wyglądać.  Robert będzie fotografował. Patti zostanie sfotografowana.

             Miałam w głowie swój wygląd. On miał w głowie światło. To wszystko.

            Apartament Sama był urządzony po spartańsku, wszystko białe, bardzo mało sprzętów, przy oknie z widokiem na piątą Aleję wysokie drzewko awokado. Był masywny pryzmat rozszczepiający światło, rzucający tęczowe kaskady na ścianę na przeciw białego kaloryfera. Robert ustawił mnie obok kaloryfera. Ręce lekko mu drżały, gdy szykował się do fotografowania. Stałam.

            Chmury przetaczały się w te i we w tę. Coś się stało ze światłomierzem. Napłynęła chmura i trójkąt światła znikną.

- Wiesz co? - odezwał się - Bardzo podoba mi się biel tej koszuli. Możesz zdjąć marynarkę?

Zarzuciłam sobie marynarkę na ramię, w stylu Franka Sinatry. Byłam pełna różnych odniesień. On był pełen światła i cienia.  - Wróciło - powiedział.

Zrobił kilka następnych zdjęć.

 - Mam, co trzeba.

 - Skąd wiesz?

 - Po prostu wiem.

Tego dnia zrobił dwanaście zdjęć.

Po kilku dniach pokazał mi stykówkę.

 - W tym jednym jest magia - powiedział.

Gdy patrzę teraz na to zdjęcie, nie widzę siebie. Widzę nas.

 

Patti Smith

Ela Olech - osobowość Patti Smith, fot: Kamil Iwo Krajewski

 

Czytając 'Poniedziałkowe dzieci' czułam, że dotykam absolutu. Czysta forma wyrazu, uczuć, przywiązania i wypływającej z tej magii tworzenia. Patti daje temu wyraz ,między innymi, w starannym opisie ubrań, które noszą z Robertem, inspirowani różnymi artystami, takimi jak chociażby Frank Sinatra. Opisuje jak ubiór określa ich osobowość, jak nie jest przypadkowy, a wręcz emanuje emocjami. I ta urocza refleksja, opowiadana przez Patti z pietyzmem i kunsztem, nakłoniła mnie do napisania tego artykułu. A książka sama w sobie była dla mnie jak zanurzenie się w ponadczasowych wspomnieniach prawie je sobie przywłaszczając.  Najbardziej urzekło mnie to w jak piękny, lekki, a zarazem bezpretensjonalny sposób Patti opowiada o swojej wielkiej i niekończącej się miłości do Roberta. Gdy Robert umiera, obiecuje mu, że opisze ich wspólne życie.  Jak mając tylko swoją wrażliwość i kilka wspomnień z dzieciństwa, które ukształtowały ich wyraziste indywidualności, od podstaw tworzą bajkowy i hardcorowy świat. Świat oparty na eksperymentowaniu, przekraczaniu granic i poznawaniu również tej czerni w czerni, której Robert tak usilnie szukał w fotografii.

 

' Jego milczenie było dla mnie wyraźnym znakiem. Przechodziliśmy już przez to wcześniej. Choć nic nie mówił, powoli przygotowywałam się na zmiany, które z pewnością miały nadejść. Wciąż łączyła nas intymność, więc trudno nam było otwarcie o tym mówić. Paradoksalnie pragną się jeszcze bardziej do mnie zbliżyć. Być może miała to być bliskość zapowiadająca kres - jak wtedy, gdy dżentelmen kupuje kochance biżuterię, żeby jej osłodzić wiadomość o rozstaniu.'

 

I trwa tak przy nim do dziś, tak jak przy Jimi Hendrixie czy Jimie Morrisonie, tylko Roberta czuje non stop. Wypełnia jej wspomnienia, jej teraźniejszość i przyszłość.

 

Patti Smith urzeka swoją niewinną, niereformowalną naiwnością dziecka i tworzy jedną z piękniejszych historii o sile wolnej miłości. Gdy myślałam o napisaniu tego artykułu, poszłam na wystawę do Zachęty. Do 27 kwietnia, jednym z jej elementów jest kolekcja Clemens en August. Oglądając propozycje marki miałam wrażenie, że oglądam magazyn i - D, gdzie pracujące tam dzieciaki były niepowtarzalne. Dziewczyny nosiły niewymowne uniformy, na które składały się czarne spodnie od Helmuta Langa, obcisłe T-Shirty Gapa i tenisówki Adidasa. Ich wygląd był rozczochrany, minimalistyczny i cechował go wychudzony look. Clemens en August stworzyli nieubłagany styl, ciuchy o naiwnym wyglądzie, które przywołały szczytową formę Helmuta Langa i Jil Sander z lat 90'. Marka z Monachium, sprzedająca swoje rzeczy w różnych miastach świata, ad hoc w sklepach pop - up. Sklepy pop - up stały się fenomenem w ostatnich latach, zaczynając od roku 2004, kiedy to Comme des Garcons wpadło na pomysł zaskakującej dystrybucji swoich niepowtarzalnych kolekcji. W Warszawie, sklep tej marki, którego Mecenasem był Robert Serek, miał swoja siedzibę, w podcieniach mostu Poniatowskiego na 3-go Maja. Pomysł został szybko zaadoptowany przez Chanel, Roland Mauret i Mulberry. Idea otwierania sklepów w zaskakujących lokalizacjach, tylko na kilka dni lub tygodni, okazała się wielkim sukcesem. Powstała z potrzeby rynku, który był już znudzony standardami i głodny ekskluzywnego traktowania. I co może być bardziej ekskluzywne niż sklep pop - up w jednej z najważniejszych galerii w Polsce.

 

Wchodząc do sali zdziwiłam się widząc przymierzalnie i wieszaki zapełnione zachęcającymi kolorami.  Z zainteresowaniem oglądałam ubrania, nie wiedząc czy są na sprzedaż czy stanowią ekspozycję. Nagle podeszła do mnie dziewczyna, wcześniej siedząca za biurkiem pośród wieszaków. Przedstawiła się jako Alicja Wysocka i opowiedziała o ideologii marki.  Zaistnieli w wielu Galeriach na całym świecie, z polityką promocyjnej ceny ubrań, o wartości 30% ceny rynkowej. 

 

 

Dla mnie wielka frajdą było robienie sesji, w cudownym garniturze w czarnego węża, białej koszuli a la ta opisana przez Patti, z czarną wstążką luźno z niej zwisającą, boso. Pięknie jest tworzyć i być tworzonym przez historię, w koegzystencji z innym bliskim, innymi bliskimi. W wymianie spostrzeżeń, doświadczeń i energii. Balansując na krawędzi czystości, bo jak powiedziała Patti: ' nie ma czystego dobra czy czystego zła, jest tylko czystość'. Ubierzmy więc szlachetną, starannie uprasowaną, białą koszulę i z czystą moralnością idźmy na spotkanie z innym bliskim, od którego tyle możemy się nauczyć.

 

 

Wtem, nagle, Johnny poczuł, że jest otaczany przez

Konie, konie, konie, konie,

Nadchodzące ze wszystkich stron,

Białe, lśniące, białe stada z ich pyskami w płomieniach,

Zobaczył konie, konie, konie, konie, konie, konie, konie, konie

 

patti 

 Ela Olech - osobowość Patti Smith, fot: Kamil Iwo Krajewski

 

d u s z a   P a t t i

' wyrzucono mnie ze studiów, ale się tym nie przejęłam. Wiedziałam, że nie mam zadatków na nauczycielkę, chociaż uważałam ten zawód za godny podziwu. Nadal mieszkałam nad pralnią.

         Na duchu podnosiła mnie wtedy Janet Hamill przyjaciółka z college'u. Zamieszkała u nas, bo zmarła jej matka. Zostałyśmy wpół lokatorkami. Obie snułyśmy wzniosłe marzenia, a zarazem kochałyśmy rock and rolla - spędzałyśmy długie wieczory na dyskusjach o wyższości The Beatles nad Rolling Stones. Stałyśmy godzinami w kolejce przed sklepem Sama Goody'ego, żeby kupić Blonde on Blonde, i przeczesałyśmy całą Filadelfię w poszukiwaniu szalika, jaki Bob Dylan ma na okładce płyty. Gdy miał wypadek motocyklowy, zapaliłyśmy świeczki na jego cześć. Leżałyśmy w wysokiej trawie, zasłuchane w Light My Fire dobiegające z radia w po koncertowym aucie Janet, zaparkowanym przy drodze. Obcięłyśmy nasze długie spódnice, żeby wyglądały jak miniówy Vanessy Redgrave w Powiększeniu, a w sklepach z używaną odzieżą szukałyśmy palt, jakie nosili Oscar Wilde i Baudelaire.'

 

Stylizacja:

Koszula Clemens en August - Rounded cuff , shop price: 214 euro, tour price: 93 euro

Garnitur w węża Clemens en August - Slim Suit, shop price:1220 euro, tour price: 465 euro

Czarna wstążka -  pasmanteria, cena: 10 zł

Granatowy kapelusz z atlasu - horring &sons, jagavintage Przemyśl, cena: 20 zł

 

Zdjęcia: Kamil Iwo Krajewski

Podziękowania dla Galerii Zachęta za udostępnienie lokalizacji i dla marki Clemens en August, której ubrania można nabyć w ww. galerii na wystawie do 27. kwietnia.

 


Wszelkie prawa zastrzeżone lamode.info 2010 ©
WYKONANIE:
Przeagencja