PL / EN
FOTOKOMPOZYTOR I WIZJONER: WYWIAD Z RYSZARDEM HOROWITZEM

FOTOKOMPOZYTOR I WIZJONER: WYWIAD Z RYSZARDEM HOROWITZEM

Ekskluzywna rozmowa z geniuszem fotografii!

Andrzej Wajda powiedział o nim, że jest połączeniem olbrzymiego talentu z najnowocześniejszą technologią, co daje efekt nie do okiełznania. Wizjoner, twórca nowego nurtu w fotografii zwanego fotokompozycją, zwycięzca wielu prestiżowych nagród i wyróżnień. W zetknięciu osobistym – inspirująca osobowość, człowiek z niebywałą charyzmą i wiedzą, przy tym niezwykle skromny, skoncentrowany na nieustannym rozwoju. 

Z Ryszardem Horowitzem spotykamy się przy okazji wystawy ”Horowitz Ford Vignale” w Galerii Rabbithole Art Room.

 

AT:   Pamiętam moment, w którym miałam szansę zobaczyć Pana dzieła w jednym miejscu, była to wystawa na 42 piętrze. Patrząc na Pana fotografie poczułam głębokie wzruszenie. Czy to właśnie powinno być celem sztuki - wzbudzanie emocji? 

Tak, absolutnie. To podstawa wszystkiego. Jeśli nie ma emocji, to człowiek przechodzi do porządku dziennego. 

Lubię mieć świadomość, że ktoś wiesza moje zdjęcia u siebie w mieszkaniu, mogąc na co dzień obcować z tym co mu daje jakąś przyjemność. Moja fotografia jest w gruncie rzeczy dosyć pogodna. Nie lubię dramatycznych tematów i podziwiam fotografów, którzy potrafią pracować w tego rodzaju kontekście.

Tak więc, wracając do Pani pytania, jest mi bardzo miło jak ktoś reaguje, nawet gdy jest to reakcja negatywna, ale reakcja zaistnieje, wtedy ma to jakiś sens, jakieś znaczenie.

AT: Porozmawiajmy o początkach. Skąd fascynacja akurat fotografią i jak się ma do tego pierwszy aparat Leica, podarowany Panu przez tatę? 

Już jako młody chłopak wykazywałem zdolności plastyczne, więc wybór studiów był tego naturalną konsekwencją. Najpierw uczyłem się w liceum plastycznym, a potem na Akademii Sztuk Pięknych. Moją ambicją było zostanie malarzem. Nigdy nie przypuszczałem, że zostanę fotografem. I pomimo tego, że teraz nie maluję, chociaż wiele osób ma mi to za złe, jestem szczęśliwy, że miałem szansę podbudować się studiując wielkich mistrzów. Większość fotografów, których osobiście cenię, było po studiach plastycznych, więc zdecydowanie istnieje jakieś połączenie między malarstwem i fotografią. 

Co do aparatu, to na początku używałem go w celu rejestrowania mojego otoczenia, architektury, robiłem portrety znajomych. Potem wykonywałem zdjęcia przyjaciół, muzyków jazzowych. Dopiero wiele lat później zacząłem podchodzić do fotografii w sposób o wiele bardziej poważny. Przez pierwszych parę lat w Stanach pracowałem w różnych firmach przy produkcjach filmowych, fotograficznych, graficznych. I dopiero będąc w agencji reklamowej na pozycji, na której to ja zlecałem wykonanie fotografii innym, pomyślałem sobie: kurczę, przecież ja sam mógłbym to robić, w wielu przypadkach nawet lepiej, więc może warto by było rozpocząć pracę na swoim. Początki były trudne, ponieważ reklamy jako takiej nigdy się nie uczyłem i zawsze miałem do niej jakiś dystans. Dosłowna reklama mnie po prostu nie bawiła, nie interesowała, czasami nawet odpychała. Postanowiłem wówczas, że znajdę swoją własną niszę, żeby jednak robić to, co lubię, a zarazem zdobyć zaufanie ludzi, którzy potencjalnie dadzą mi pracę.

AT: Czyli początki były raczej intuicyjne?

Tak, bardziej intuicyjne, ale miałem szczęście, że poznałem ludzi, którzy mnie mocno wspierali i nauczyli wiary w siebie i tego by nie zwracać zbyt wielkiej uwagi na taką prostą, dosłowną krytykę. Po prostu nie brać sobie jej do serca, robić to, co się uważa za stosowne i walczyć o to. Rynek amerykański w tym sensie bardzo mi pomógł, ponieważ jest tak wielki, że można zawsze znaleźć bratnią duszę, kogoś kto myśli i czuje podobnie. I tak powolutku zacząłem iść do przodu. Co ciekawe, wielu moich kolegów z branży reklamowej, którzy mogli dać mi pierwsze zlecenia, tego nie uczyniło. Pierwsze zamówienia przychodziły z zupełnie niezależnych stron, powiedziałbym, przypadkowo, w tym sensie, że ja nie miałem z tym nic wspólnego, nigdy nie walczyłem o to, bo nie miałem wtedy pojęcia o tak zwanej autoreklamie czy o PR. Z czasem, gdy już miałem całkiem spore dossier, to kariera zaczęła się rozwijać. Przy czym zawsze wierzyłem w jedną rzecz, która mi bardzo pomogła na tym etapie mojej ścieżki zawodowej, mianowicie starałem się być parę kroków naprzód, przed potencjalnym zleceniodawcą, przygotowując we własnym zakresie, według własnego widzimisię projekty, które przedstawiałem różnym ludziom, potencjalnym klientom. 

fot. Kate Jablonska

AT: Pana życie, kariera to szereg odważnych i radykalnych decyzji: w 1959 roku z pięcioma dolarami w kieszeni wyjechał Pan do Stanów…

To głupota młodego człowieka (śmiech). 

AT: Myślę, że nie każdy odważyłby się na taką „głupotę”! 

Następnie, asystowanie wielkiemu fotografowi Richardowi Avedonowi, błyskotliwa kariera w agencji Grey Advertising, gdzie zaczynał Pan od stanowiska grafika, a potem został szefem całego zespołu kreatywnego. Wreszcie w roku 1967 otwiera Pan studio i rozpoczyna działalność na własną rękę, w trakcie której decyduje się Pan na kolejną radykalną zmianę, czyli na porzucenie techniki analogowej na rzecz cyfrowej.

W moim przypadku wszystko działo się w sposób naturalny. Gdy dowiedziałem się o komputerach, szybko zdałem sobie sprawę, że jest to wspaniałe narzędzie dla mnie. Nie myślałem jeszcze o wielkiej rewolucji w fotografii jaką pociągnie za sobą technika cyfrowa, ale wierzyłem w nią do tego stopnia, że starałem się jak najszybciej nauczyć wszystkiego czego można było się nauczyć i znaleźć sposób dostosowania mojej pracy fotografa do urządzeń cyfrowych. Początki były skomplikowane, nie było firm, dla których fotografowie przedstawialiby jakikolwiek rynek, nie było też softwerów, narzędzi do obróbki fotograficznej. Jednak natychmiast zdałem sobie sprawę z potencjału jaki niesie za sobą nowa technologia, tym bardziej, że wtedy już byłem bardzo zaangażowany w fotografię wieloelementową, pracowałem w ciemni, opracowałem sobie różnego rodzaju techniki. Nawet w tej chwili ludzie patrząc na moje zdjęcia analogowe często są przekonani, że zostały one wykonane cyfrowo. I to mnie w zasadzie jeszcze bardziej podtrzymuje na duchu, bo oznacza, że w zasadzie, nie ma znaczenia jakiego narzędzia człowiek używa, z czego korzysta. Liczy się tylko wyobraźnia i ten końcowy efekt. 

AT: Jak otoczenie reagowało na Pana pierwsze fotografie cyfrowe? 

Ludzie mnie potwornie krytykowali i przekonywali, żeby nie iść w tym kierunku, że te komputery nie przetrwają nawet roku, więc po co sobie nimi zawracać głowę, że to jest profanacja. W ogóle trudno sobie wyobrazić jak wiele osób mnie atakowało, ze wszystkich stron. Z jednej strony byli to ludzie, którzy wydawałoby się, że wiedzieli o czym mówią, ale również tacy, którzy gadali potworne bzdury, bo na przykład zarzucali mi, że łamię zasady fotografii, że manipuluję zdjęciami, a tak nie wolno. Tymczasem od samego początku fotografii ludzie manipulowali zdjęciami, niekoniecznie w sensie artystycznym, ale zawsze wykorzystywali technologię. Starałem się nie zwracać na te krytyczne opinie uwagi. Poszedłem w kierunku uczenia się. To było dla mnie trochę jak nauka obcego języka. Na początku człowiek boryka się z trudnościami, uczy się poszczególnych słów, wszystko wydaje się takie trudne i niemożliwe do opanowania, ale w momencie, gdy pojmuje się coraz więcej, wreszcie jest się już gotowym, przychodzi niesamowita euforia, fantastyczne poczucie jakiejś wolności, moment, w którym można zapomnieć o warsztacie i skupić się wyłącznie na efekcie końcowym. 

AT: Czy właśnie dlatego w filmie The Photographer of  Dreams powiedział Pan: „Fotografia rejestruje rzeczywistość, jest częścią prawdy, a jednocześnie jest środkiem przekazu, który kłamie i to właśnie mnie bawi". Czy takie podejście motywowało Pana do poszukiwań, przekraczania kolejnych granic, a wreszcie stworzenia nowego nurtu w fotografii, zwanego fotokompozycją? 

Stwierdzenie, że fotografia kłamie może dla niektórych mieć konotacje negatywne. Mnie oczywiście nie chodzi o okłamywanie ludzi. Jest różnica pomiędzy tym, że fotografia kłamie a tendencyjnym okłamywaniem czy oszukiwaniem ludzi. Tutaj nie o to chodzi. Człowiek powinien zrozumieć, że nie jest absolutnie ograniczony tym, co aparat rejestruje i może zacząć go używać w sposób bardziej twórczy. Ja stale się uczę nowych rzeczy, staram się optymalnie wykorzystywać narzędzia, które są do zdobycia na rynku. Tylko, z reguły, nie czytam instrukcji. Dzięki temu, na przykład, sposób w jaki pracuję na komputerze nie jest taki jakiego uczą w szkołach. Zresztą obserwując studentów, z którymi pracuję, doszedłem do wniosku, że metody nauczania spowalniają człowieka, spowalniają też jego tempo, bo traci się to momentum. Lepsze jest podejście do tematu na luzie, w sposób intuicyjny i naturalny. Dla mnie najistotniejszy jest zawsze ten końcowy efekt, czy to wychodzi czy nie wychodzi, czy ma jakieś znaczenie. Jak do tego doszedłem, kompletnie mnie nie obchodzi.

AT: To dość nietypowe gdy artysta używa tak daleko zaawansowanych technologii, na niemalże inżynieryjnym poziomie.

Dla mnie jest to zbliżone do malarstwa, dlatego tak cenię malarza Davida Hockeney’a. Byłem niedawno na jego wielkiej wystawie retrospektywnej w Tate Gallery w Londynie. To fantastyczny facet, który myśli absolutnie tak samo jak ja. W tej chwili pracuje na Ipadzie, tworzy wszystko elektronicznie, interesuje go też fotografia, ale w sensie bardziej interpretacyjnym niż do rysowania rzeczywistości. Jest też coś, co mnie szalenie wzruszyło, chociaż od dawna się tego domyślałem, mianowicie to, że optyka miała wielkie znaczenie w pracy wielu malarzy, już w średniowieczu, ale nawet wcześniej. Powoli wychodzi na jaw, że oni korzystali z różnych obiektywów, z camera obscura itd. Sposób, w jaki kamera widzi rzeczywistość, jest zupełnie inny od tego w jaki ją widzi ludzkie oko. Gdy odkryłem, jak można patrzeć na świat jako osoba jednooka, podobnie jak aparat fotograficzny, który jest dwuwymiarowy, to przekłada się na sposób patrzenia na świat, korzystanie z głębi ostrości, ustawianie przedmiotów w innej odległości od obiektywu. Bawiłem się tym przez wiele lat, potem mi się to znudziło i poszedłem w innym kierunku. Ale to wszystko bardzo często powiązane było z przypadkiem, a ja bardzo wierzę w przypadki, ale też ważne jest wyciąganie wniosków i kontynuowanie własnej koncepcji.

Reasumując, dla mnie komputer i praca na nim jest najbliższa malarstwu, najbliższa rysunkowi. Niektórzy ludzie w przeszłości, ale także obecnie, uważają fotografię za coś niższego od sztuki. Są też tacy, którzy uważają, że to jest wielka sztuka. I są tacy, którzy w ogóle nie zwracają na to uwagi, i właśnie ja do nich należę. Dla mnie sposób tworzenia, czy to jest kawałek papieru, czy to jest ekran komputera, nie ma żadnego znaczenia. Tak naprawdę liczy się końcowy efekt. Oczywiście często ciekawi mnie jak to było zrobione, pewne rzeczy mnie intrygują, zastanawiają, ale to nigdy nie jest najważniejsze. Uważam, że opieranie się tylko na maszynie jest złe, bo traci się swoją osobowość, a komputer jest tak mocnym urządzeniem, że śmiało może zapanować nad niektórymi ludźmi, kierować nimi. A to ja powinienem kierować urządzeniem, a nie na odwrót. 

AT: Jak wygląda zatem u Pana akt twórczy, czy najpierw jest w Pana głowie wizja, a potem jej realizacja, czy raczej wizja materializuje się na etapie realizacji? 

Z reguły staram się mieć konkretny koncept i kierunek, w którym chcę pójść. Jest to w pewnym sensie wizja, ale jest to wizja, która się realizuje niekoniecznie wcześniej w mojej głowie. To dzieje się w procesie pracy. Na przykład zdjęcia tych samochodów (od red. wystawa ”Horowitz Ford Vignale”), praca nad nimi przebiegła w sposób całkowicie intuitywny i naturalny. Na początku spodziewano się, że stworzę osiem kompozycji, a okazało się, że zrobiłem ich ponad dwadzieścia. I wcale nie zajęło mi to bardzo dużo czasu, ponieważ jestem bardzo biegły w tej technologii i potrafię bardzo szybko pracować. To trochę tak, jak człowiek, który panuje nad piórem, potrafi szybko notować, jest poetą czy pisarzem.

AT: Czyli w pewnym momencie zapomina Pan o warsztacie, nie musi Pan o nim myśleć, bo to po prostu jest... 

Tak, ale nadal jest to dla mnie najważniejsza rzecz. Warsztat dla mnie jest podstawą. Coraz częściej widzę rzeczy, które wykazują kompletny brak zrozumienia warsztatu albo wręcz jakiś wstręt do warsztatu. Żyjemy w trochę innym świecie, może jestem jakimś dinozaurem już w tej chwili. 

AT: To czasy, w których łatwo stać się fotografem, łatwiej też fotografować…

Ale przetrwać 50 lat w zawodzie jest już dużo trudniej.

AT: W jednym z wywiadów powiedział Pan, że najlepszą szkołą jest pokonywanie trudności przy pracy. Czy to jest rada, którą dałby Pan młodym fotografom?

Pracując sam szalenie dużo wyciągam z własnych pomyłek, dużo się uczę. Patrząc na całą historię mojej twórczości, wszystko się zaczynało od pomyłek i potknięć. Trzeba tylko odnaleźć sens w tym i umieć tę pomyłkę powtórzyć.

Co do rad, to nie lubię ich dawać, bo to się zawsze źle kończy (śmiech). Tak ja czuję, a czy to może być jakieś credo dla innych?  Na pewno trzeba podążać za własną intuicją, wiedzieć czego się chce, nie poddawać się, przebijać się do przodu. Nie powinno się też przejmować krytyką, bo krytyka to jest największa prostytucja jaka istnieje. Krytykować jest łatwo. Krytykami są ludzie, którzy sami nie potrafią niczego zrobić, często zwykli dyletanci. Niestety wielu zdolnych artystów pod wpływem negatywnych uwag porzuca swoją pracę twórczą. Oczywiście dobra, rzetelna krytyka jest bardzo ważna. Moim najlepszym krytykiem jest moja żona. Ona zawsze mówi to, co myśli, nie zastanawia się za bardzo jak ja zareaguję. To, że widzi rzeczy trochę 

inaczej niż ja, często mi pomaga, bo czasem człowiek się wtapia w to co robi i nie daje sobie szansy na utrzymanie dystansu, spojrzenie z innej odległości, innego punktu widzenia. A to jest bardzo ważne.

fot. Kate Jablonska

AT: Proszę powiedzieć w jakim kierunku będzie zmierzała fotografia?

Trudno to w tej chwili przewidzieć. Mnie najbardziej porusza nie to, że każdy fotografuje, tylko że wszystko wolno. To dotyczy nie tylko fotografii, ale również malarstwa i sztuki w ogóle. Zastanawiam się czasami, dlaczego jeden fotograf jest w stanie uzyskać duże honorarium, a inny, który robi dokładnie to samo, nie może. Albo przypadek Richarda Prince`a, fotografa, który kopiuje innych, przywłaszcza sobie cudze zdjęcia ściągając je z Internetu i dodając jakieś elementy i sprzedaje je za setki tysięcy dolarów nie mając żadnych wyrzutów sumienia. Irytujące jest to, że człowiek ten nie tylko nie potrafi czegoś stworzyć, nie ma żadnego konceptu, ale wręcz kradnie coś gotowego sprzedając to za wielkie pieniądze, mając poparcie w świecie „sztuki”. To jest niemoralne zjawisko. Jak również to, że ludzie w dzisiejszych czasach nie potrafią innym oddać kredytu, nie potrafią się przyznać, że się czegoś od kogoś nauczyli. Z drugiej strony możliwe, że czasem nie zdają sobie nawet sprawy, że są pod wpływem innych. Jesteśmy tak bombardowani przez rozmaite środki przekazu, że to się wtapia w naszą podświadomość i w niej zostaje.

AT: Osoby, które Pana najbardziej zainspirowały, wpłynęły na Pana Twórczość? 

Oprócz żony? Jestem pod wielkim wpływem kilku malarzy, do których należą m.in. Carravagio, Bosch, Bruegel. Jeśli chodzi o współczesnych artystów bardzo dużo nauczyłem się od Avedona i Arnolda Newmana, chociaż zawsze robiłem zupełnie inne rzeczy niż oni, ale samo obserwowanie sposobu w jaki fotografują, traktują modeli, jak pracują ze światłem, bardzo wiele mi dało. I ja się tym szczycę. Nie mam problemu z przyznaniem, że coś zrobiło na mnie takie wrażenie, że postanowiłem to nie tyle kopiować, co kontynuować.

AT: Czy to jest moment w Pana karierze, w którym czuje się Pan usatysfakcjonowany?

Ja zawsze poszukuję. Te wszystkie uroczystości, świetności, medale to oczywiście jest bardzo sympatyczne, nie będę kłamał, ale nie dla tego człowiek tworzy. Przyjemnie jest być docenianym przez ludzi, ale nagrody absolutnie nie są motywacją. Bardzo wielu artystów przecież nie miało tego szczęścia, aby za życia cieszyć się uznaniem. Mnie jednak zawsze interesują nowe zadania i póki mogę, to pracuję, bo inaczej nie byłbym sobą. Nigdy nie osiądę na laurach. Zresztą zawsze bawiło mnie powiedzenie ‘osiąść na laurach’, bo co ono konkretnie oznacza: że mam na tych laurach zasiąść..., I co by było dalej? 

 

Wystawę ”Horowitz Ford Vignale” można obejrzeć codziennie w godz.12-19:00 w Galerii Rabbithole Art Room, przy ul. Poznańskiej 15 w Warszawie, w terminie od 29 września do 15 października, wstęp wolny. 

Więcej o wystawie możecie przeczytać TUTAJ!

 

***

 RYSZARD HOROWITZ: O AUTORZE

Ryszard Horowitz, ur. w 1939 r. Fotograf, artysta i specjalista w dziedzinie zdjęć reklamowych, prekursor cyfrowego przetwarzania fotografii. Mieszka i pracuje w Nowym Jorku. Wymyka się tradycyjnym podziałom na prace komercyjne i artystyczne. Każda jego praca jest sztuką. 

W 1959 roku Horowitz wyjechał do Nowego Jorku, gdzie rozpoczął studia w prestiżowym Pratt Institute (na wydziale projektowania i grafiki reklamowej). W latach 60. (w złotych czasach reklamy) był dyrektorem artystycznym Grey Advertising w Nowym Jorku - jednej z największych agencji reklamowych na świecie założonej w 1917 r. W 1982 roku Horowitz otrzymał nagrodę Gold Caddy w Detroit za najlepszą kampanię reklamową samochodu zrealizowaną dla koncernu Ford. Była to przełomowa kampania, w której samochody zostały przedstawione w surrealistycznych ujęciach, czyli wbrew ówcześnie panującym trendom. Zdjęcia tworzone były bez użycia techniki komputerowej. Fotograf otrzymał również wszystkie większe wyróżnienia i nagrody fotograficzne, w tym Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i tytuł honorowy doktora honoris causa przyznany przez warszawską Akademię Sztuk Pięknych oraz wrocławską Akademię Sztuk Pięknych. W 1991 roku, podczas otwarcia indywidualnej wystawy Horowitza w Centre de la Photographie w Genewie, oficjalnie uznano go za inicjatora nowego stylu w fotografii reklamowej. W 2017 roku Ryszard Horowitz dołączył do Galerii Sław Fotografii  w Międzynarodowej Galerii Sław i Muzeum Fotografii. Przez ponad 50 lat IPHF była i pozostaje jedyną ogólnoświatową organizacją doceniającą i honorującą osoby mające szczególny wkład w sztukę i naukę o fotografii. W tym roku mija 50 lat od momentu, w którym Ryszard Horowitz otworzył własne studio. Jest aktywny zawodowo, organizuje swoje wystawy, zasiada w jury wielu konkursów fotograficznych.

tagi: Ryszard Horowitz | wywiad | kultura | fotografia | Agata Tanter |

podobne artykuły