PL / EN
[EXCLUSIVE] WYWIAD Z TOMASZEM OSSOLIŃSKIM

[EXCLUSIVE] WYWIAD Z TOMASZEM OSSOLIŃSKIM

Z genialnym projektantem spotykamy się w przededniu debiutu jego nowego projektu- poznajcie szczegóły!

Innowator, dla którego moda jest punktem wyjścia do kreatywnych działań na wielu polach i w wielu jej odsłonach. Swój talent realizuje na kilku równoległych ścieżkach twórczości, a także niezliczonych pobocznych projektach, które w ostatecznym rozrachunku sprowadzają się do wspólnego mianownika, którym jest moda.

Z Tomaszem Ossolińskim spotykamy się w jego atelier krótko po ostatnim pokazie Shadows (sylwetki znajdziecie TUTAJ, a zakulisowe ujęcia TUTAJ). Pytamy o charakterystyczny dla projektanta sposób pracy, o to, czym jest styl i u kogo tenże ceni, a także o najnowszy projekt, który lada dzień ujrzy światło dzienne. Zapraszamy do lektury!

Widzieliśmy się 3 lata temu, obchodziłeś wtedy 20-lecie Twojej marki. Wkrótce po tym na ekrany wszedł film Before the show, którego byłeś głównym bohaterem. Czy masz świadomość tego, jak bogaty jest Twój dorobek i czy jest źródłem, do którego sięgasz, z którego  czerpiesz?

Cały czas czuję się tak, jakbym zaczynał. Film, o którym wspomniałaś - Before the show - w pewien sposób spiął klamrą te dwadzieścia lat pracy jako pewien etap, pozwolił mi w bardzo świadomy sposób dokonać podsumowania swojego dorobku. Traktuję to jako coś na kształt albumu ze wspomnieniami, a także kopalni wiedzy i doświadczeń, z których się czerpie. To coś, co stanowi wartość, kapitał, natomiast nie jest tak, że obracam się za siebie. Patrzę w przyszłość, jest tyle nowych projektów, w które jestem zaangażowany, że to, co bieżące, całkowicie mnie pochłania i angażuje. Także praca nad pokazem jest ogromnym wyzwaniem, zrewidowaniem tego, co zrobiło się dotychczas i decyzją, jak pokazać coś nowego w taki sposób, żeby pozostać wiernym sobie i jednocześnie przedstawić swoim gościom coś, co ich zainteresuje. 

Powiedziałeś kiedyś, że pracując nad pokazem, dla zwiększenia napięcia i pobudzenia emocji lubisz zostawić sobie wykończenie jednej kreacji na chwilę przed jej debiutem na wybiegu. Czy cały czas pracujesz w ten sposób?

W całym procesie twórczym głowa tak mocno się rozkręca, że pewne rozwiązania, pomysły przychodzą aż do ostatniego momentu przed pokazem. Jeśli chodzi o Shadows, kolekcja ta powstawała w spokojny, zrównoważony sposób, choć rzeczywiście przyjmowała finalny kształt do samego końca - to kwestia doświadczenia, o czym wspominałem wcześniej. Poza tym staram się  umiejętnie zarządzać swoją energią; praca nad pokazem jest na tyle intensywna, że nie potrzebuję dodatkowych bodźców.

W Twoim wypadku praca nad pokazem toczy się wielotorowo, a korzeniami sięga etapu projektowania sylwetek. Czy już wtedy myślisz o tym, jak pokażesz swoja kolekcję?

Na to, jak pokaz będzie wyglądał, składa się wiele czynników: inspiracje, muzyka towarzysząca prezentacji i miejsce – aspekty niezwykle ważne i faktycznie towarzyszące mi już na etapie tworzenia kolekcji. To jest rodzaj budowania; to trochę tak, jakby mieć przed sobą rozsypane puzzle, z których mamy nadzieję zobaczyć pełen obraz.

Szyje się pierwszą, drugą, trzecią sylwetkę i potem je ze sobą zestawia. Bardzo ważnym elementem jest też dobór tkanin – to czynnik, który mocno ustawia kolekcje. Detale, akcesoria – na kilka dni przed samym pokazem to wszystko wzajemnie rezonuje, zaczyna spinać się w całość.

Potem są przymiarki, podczas których wyłania się obraz całości, następnie dalsze poprawki, techniczne wykończenia typu podwinięcie nogawek, aż wreszcie nadchodzi ten magiczny moment, gdy wszyscy modele są już ubrani. Wtedy zanim jeszcze pojawią się na wybiegu, wytwarza się pewnego rodzaju energia, nerw. Makijaże i włosy są gotowe, całość zaczyna żyć.  To taki moment pierwszego spełnienia, które ma swoje dopełnienie na wybiegu.

MATERIALS_2017/MODA/EXCLUSIVE/[EXCLUSIVE] WYWIAD Z TOMASZEM OSSOLINSKIM/1-ossolinski-shadows-marta-waglewska-lamode-info-8287bd22.jpgfot. Marta Waglewska / Lamode.info

Twoje pokazy mają niespotykany charakter, są tworzone jako widowiska z niepowtarzalną oprawą choreograficzną. Choćby Shadows, Bukovina czy wcześniejszy zamknięty, pokazany w filmie Before the Show oddziałują nie tylko poprzez zaprezentowaną kolekcję i nie tylko na poziomie estetycznym; stanowią niezwykłe poczucie bycia „tu i teraz”, wywołują wzruszenie i głębokie doświadczenie tego, w czym się uczestniczy, a nie tylko ogląda. I to nie udokumentowanie jej jest priorytetem.

Genezą takiego „holistycznego” podejścia są moje pierwsze pokazy. Nie bez znaczenia był też ten najpierwszy, który odbył się 25 maja 1993 roku i miał dość klasyczny charakter. Niezwykle istotne okazało się dla mnie także zetknięcie z kultowymi miejscami w Trójmieście – Operą i Teatrem Wybrzeże w Gdańsku. Szalenie utalentowani ludzie, m.in. Ada Parulska, a także w późniejszym okresie ekipa zaangażowana w Teatr Ekspresji Wojciecha Misiuro pokazali mi nowe konteksty prezentowania mody i uświadomili, że jest ona czymś znacznie więcej niż samym ubraniem – to pewnego rodzaju narracja, część większej całości. Było to na tyle silne ustawienie na samym początku, że bardzo mocno to we mnie zostało.

W jaki sposób znalazło to odzwierciedlenie w pokazach?

Jednym z pierwszych takich mocnych pokazów na początku nowego milenium były Godziny zaprezentowane w Hotelu Europejskim. Tam pojawiła się właśnie ta wyjątkowa atmosfera, o której wspominasz. Priorytetem jest dla mnie to, żeby goście wychodząc z pokazu zostali z emocjami, żeby nie tylko zobaczyli modę, ale też doświadczyli tej atmosfery, która wokół niej jest.

Podobnie było przy okazji ostatniego mojego pokazu Shadows: niezwykle intymna atmosfera, sześć sal, w których goście siedzieli w pierwszych rzędach - to wszystko spięło się w spójną całość i jestem z tego bardzo zadowolony.

Lubisz nowe wyzwania, poczucie bycia pionierem. Dość przewrotnym gestem było zaproszenie kamer, a zatem szerszej widowni za kulisy i na pokaz, który był zamknięty i w którym nie uczestniczyli fotoreporterzy.

Z tym projektem zgłosiła się do mnie Judyta Fibiger, reżyserka filmu. Brak fotoreporterów związany był także z faktem, iż film ujrzał światło dzienne mniej więcej pół roku po debiucie kolekcji, więc nie chcieliśmy jej wcześniej eksponować. Był to też wyraz mojego buntu przeciwko temu, że o polskich pokazach mówi się najczęściej w kontekście tego, kto był i w co był ubrany. O modzie pisze kilka osób, nie jest to temat pogłębiany. Jestem z tego ruchu bardzo zadowolony – powstał dokument, który jest już na zawsze.

Pracujesz ze stałą ekipą, otaczasz się bliskimi ludźmi także zawodowo.

Od zawsze jestem związany z Anią Poniewierską – mamy pełne porozumienie, zaufanie i bardzo się cieszę, że mogę mieć taką osobę w swoim teamie. Każdy projektant na świecie tak pracuje; to spojrzenie kogoś zaufanego stojącego obok już na etapie realizacji swoich projektów jest niezwykle ważne i daje duży komfort, pozwala uniknąć zafiksowania na jednej sylwetce, na jakimś detalu, itd. Kiedy ważne decyzje można z kimś przegadać, nagle okazuje się, że całość może nieoczekiwanie skręcić w inną stronę, albo ostatecznie zapadają decyzje, które ustawiają kolekcję troszkę inaczej, niż można się było spodziewać na początku.

Dużo czytasz, oglądasz. Co Cię inspiruje i nakręca do pracy?

To kwestia wielu czynników. Na pewno filmy, muzyka, książki. Pamiętam swoją wizytę w Madrycie przed kilkoma laty, gdzie na jednej z wystaw prezentowane były Powidoki Strzemińskiego. Jeden z obrazów z tego cyklu mnie zafascynował. Kilka dni później  odwiedziłem targi tkanin Premiere Vision w Paryżu. Kiedy zobaczyłem tendencje pomyślałem, że ten obraz mógłby tam zawisnąć, ponieważ zawierał to wszystko co pokazano na targach, mimo iż powstał wiele lat wcześniej. Takie mieszanie się i przenikanie sztuki, muzyki, mody i literatury, ich punkty styczne są dla mnie niezwykle ciekawe i pobudzające. Jeśli chodzi o film, często wybrane sceny i emocje, które biją z ekranu okazują się być tymi, które ja próbuję wywołać u moich odbiorców.

Tworzysz moodboardy?

Ja praktycznie nie rysuję. Wybieram tkaniny, mam w głowie sylwetki, staję do stołu, kroję je, robię konstrukcje. To bardzo ulotne, nienamacalne. Przychodzi taki moment, że każda nawet drobna myśl w formie jakiegoś szkicu czy znaku, hasła musi zostać zanotowana, żeby później móc poskładać te fragmenty w całość. To najpiękniejszy moment pracy nad całością – kolekcją, pokazem.

Twoja twórczość opiera się na trzech filarach: projektowanie, szycie na miarę i projektowanie kostiumów.

Tego wszystkiego jest znacznie więcej, natomiast prawdą jest, że na co dzień prowadzę atelier - pracownię krawiecką, gdzie klienci zamawiają garnitury, kobiety sukienki. Pokazy są dla mnie małym świętem.

Jeśli chodzi o teatr, jest to niezwykle wymagające, absorbujące, angażujące energetycznie i intensywne doświadczenie, choć jednocześnie dające ogromną satysfakcję: kostium musi spełniać nie tylko wymogi wizualne, estetyczne, ale także praktyczne – aktorzy grają po 100-150 spektakli, więc kostium musi być niezawodną częścią ich pracy. Często w spektaklu jest ok. 30 sylwetek, czyli podobnie jak w regularnej kolekcji.

Wśród ostatnich realizacji mogę wymienić kilka spektakli stworzonych z fundacją Krystyny Jandy, poza tym opera, praca z Kubą Przebindowskim, z którym w ubiegłym roku zrealizowałem spektakl Być jak Elisabeth Taylor. To są takie przygody i twórcze spotkania z inspirującymi ludźmi i świetnymi scenariuszami, ciekawy dodatek do własnej twórczości.

Te dwa obszary pozwalają na korzystanie z własnych zasobów i pokładów twórczych. Czy szycie na miarę to dla Ciebie obszar, który poza wiedzą i umiejętnościami zostawia pole dla własnej twórczości?

Ktoś mógłby powiedzieć, że garnitur to po prostu marynarka i spodnie. Ale klienci są różni: ile osób, tyle typów sylwetki i sprostanie oczekiwaniom klientów oraz  wymogom ich często niełatwych sylwetek wymaga nie lada gimnastyki. Zgodnie z dawną tradycją najpierw odszywam prototyp marynarki z płótna, na które nanoszone są poprawki, ustawienie konstrukcji, a jeśli zajdzie potrzeba, przy skomplikowanych sylwetkach taki prototyp tworzy się ponownie. Jest ogromna satysfakcja, że klienci są zadowoleni i to działa. To często bardziej wymagające i angażujące niż praca nad pokazem, gdzie jestem wolny i niezależny w swoich decyzjach.

MATERIALS_2017/MODA/EXCLUSIVE/[EXCLUSIVE] WYWIAD Z TOMASZEM OSSOLINSKIM/22-ossolinski-shadows-marta-waglewska-lamode-info-97dbe578.jpg

fot. Marta Waglewska / Lamode.info

Jeśli chodzi o styl, skłaniasz się ku klasyce…

Taki jestem. Lubię sobie poszaleć, ale ta klasyka, wszystko to wynika ze starego dobrego rzemiosła i jest dla mnie bardzo na miejscu.

Ale czy trzymając się tej klasyki i nie wychodząc poza jej ramy można znaleźć indywidualny styl?

Alexander McQueen zaczynał na Savile Row, szył garnitury. Nauczył się, jak wszyć dobrze rękaw, i podbić marynarkę płótnem, dopiero później zaczął szaleć. Znajomość tych podstaw jest szalenie ważna, jak się wie, jak zrobić coś poprawnie,  dopiero wtedy można się zabrać za przetwarzanie tego.

Z jednej strony strój powinien być dopasowany do sylwetki i poprawnie skrojony, z drugiej jednak często bardzo nieoczekiwane rozwiązania okazują się tymi doskonałymi: brałam kiedyś udział w sesji, której bohaterką była Kasia Adamiak, która pozowała z męskim garniturze spod Twojej ręki. Piękny męski garnitur w kratę w tej stylizacji zagrał fantastycznie, tchnęła w niego życie.

Bo ubrania noszą ludzie. Nie dalej niż wczoraj miałem klientkę, która choć nie nosi długich spódnic, potrzebowała taką na bal w Wiedniu i w Nowym Jorku, na której planowała się pojawić. Musi w niej dobrze wyglądać i dobrze się czuć – to jest ten moment, gdzie ta konstrukcja, podstawy pozwalają tworzyć coś dalej.

Kiedy coś jest dobrze zrobione od podstaw, to szaleństwo które się później wkrada jest uzasadnione i na miejscu. Podobnie było z sukienką Magdy Cieleckiej, w której pojawiła się w ubiegłym roku w Berlinie: została skrojona z czterech kawałków: góra i dół z osobnych części plus rękawy. Sprawia wrażenie skomplikowanej konstrukcji, tymczasem tam prawie nie ma szwów. Cały myk polega na takim zmodelowaniu tych elementów, by efekt końcowy sprawiał wrażenie lekkości i nonszalancji.

Jako młody projektant miałeś swojego mentora w postaci Jerzego Antkowiaka, naczelnego projektanta Mody Polskiej. Po latach sytuacja się odwróciła i sam zacząłeś odgrywać taką rolę dla stawiających pierwsze kroki w zawodzie.

W tamtych czasach Jerzy Antkowiak był jak my wszyscy razem wzięci: Gosia (Baczyńska-przyp. red.), ja, Paprocki i Brzozowski – był jeden Jurek Antkowiak i on się liczył. Pracował wtedy zawodowo i był takim wzorcem. Spotkanie z nim było niezwykle emocjonujące, tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to dokładnie to, co chcę robić. Miałem wtedy 16 lat, dla takiego młodego projektanta to jest duża sprawa.

Taka pewność i zdecydowanie w tak młodym wieku to rzadkość.

Ja wiedziałem od zawsze, że chcę to robić, to było dla mnie naturalne. W tamtym czasie miałem znacznie większe poczucie dojrzałości i powagi niż dzisiaj (śmiech). Co do Project Runway w trakcie obu edycji pojawiły się tylko dwie osoby, które wiedziały coś o konstrukcji, natomiast ogólnie było to spotkanie z grupą pasjonatów, którzy chcą robić to, co kochają i to im się udało, ale jeśli chodzi o warsztat, mają ogromne braki wynikające z niedostatecznej edukacji. Dodatkowo dziś myśli się o projektowaniu jak o trampolinie do sukcesu, o tym żeby być, żeby się pokazać, zaistnieć, ale bardzo często brakuje tych podstaw. Ja to widzę w wielu kolekcjach, projektach, że jest wizja artystyczna, ale projekty są po prostu źle uszyte.  

Z kolei gdy idziemy do butiku jakiegokolwiek projektant za granicą - jest i wizja artystyczna i doskonałe wykonanie. To coś, czego u nas ludzie dopiero się uczą; jest coraz lepiej, ale jednak jest to nasz słaby punkt. Nawet znawcy, którzy przyjeżdżają zza granicy i oglądają naszą modę zauważają kilka egzemplarzy w kolekcji wykonanych prawidłowo, ale generalnie jest to rzecz robiona na kolanie. 

MATERIALS_2017/MODA/EXCLUSIVE/[EXCLUSIVE] WYWIAD Z TOMASZEM OSSOLINSKIM/3-ossolinski-shadows-marta-waglewska-lamode-info-84905dad.jpg

fot. Marta Waglewska / Lamode.info

Czy to nie jest też trochę znak czasów?

Nie ma kto tego uczyć. Prowadziłem master class w jednej z uczelni. Widziałem ogromne braki mimo iż byli to już studenci czwartego roku.  Projektant robi ubrania, jest po to żeby pięknie ludzi ubrać, a trudno jest ładnie ludzi ubrać, jeśli nie zna się podstaw. Prawdą jest też, że obecna moda temu sprzyja, np.  oversizowy to wygodny płaszczyk, pod którym można ukryć braki warsztatowe.

Wielość bodźców, nieskończona ilość i dostępność inspiracji, ale też narzędzi w postaci m.in. Instagrama czy ogólnie – internetu…

Powoduje, że i tak w najlepszym razie kończy się na nadruku na koszulce. Ale to się zmienia. Zawsze jak młodzi ludzie pytają, radzę, żeby wyjechać za granicę. To może trochę przerażające, ale uważam, że jeśli ktoś chce się zająć projektowaniem na poważnie, a nie tylko się pobawić, należałoby wyjechać i rozpocząć naukę w jednej z najlepszych szkół za granicą.

Kim jest Twoja klientka?

To osoba bardzo świadoma tego, czym jest bardzo dobre ubranie. Moi klienci wiedzą, że u mnie dostaną rzecz w 100 % skrojoną na ich miarę, która posłuży im długo i w której będą się bardzo dobrze czuli. To różni ludzie: kultury, biznesu, ale także tacy, którzy np. potrzebują garnituru na ślub. Kredyt zaufania, jakim mnie obdarzają w takim najważniejszym dniu swojego życia jest dla mnie niezmiernie ważny.

Czy jest ktoś kogo chciałbyś ubrać? Albo osoba, która Cię fascynuje, intryguje poprzez spójność tego kim jest z tym jak wygląda, ze swoim wizerunkiem?

Pierwsza osoba, która przychodzi na myśl automatycznie gdy o tym mówisz jest Anda Rottenberg, która zawsze wygląda fantastycznie i która jest żywym dowodem na to, że Polki potrafią świetnie wyglądać. Wiedzą co to minimalizm i że nie trzeba epatować wszystkim, co się ma. Jeśli ktoś umie nosić proste rzeczy, nie przesadzić z dodatkami, to to jest właśnie klasa. Nie trzeba mieć na sobie czegoś wyzywającego żeby zwracać uwagę, nie trzeba wcale dużo odsłaniać, żeby wyglądać pięknie.

Mam takie wspomnienie z otwarcia wystawy Alexandra McQueena w Londynie w Muzeum Victorii i Alberta, gdzie było mnóstwo pięknych ludzi z branży, głównie starszych i w średnim wieku. W ogóle bardzo lubię obserwować ludzi. W pewnym momencie zwróciłem uwagę na zbliżające się w naszą stronę cztery Włoszki - bardzo „zrobione”, wyprasowane, a przez to bardzo wyeksponowane, odcinające się i nachalnie zwracające uwagę. Te kobiety tak silnie odstawały, nie pasowały tam, ten fałsz powodował ogromny zgrzyt.

Podobnie targi Pitti Uomo we Florencji, które są doskonałym miejscem do obserwacji fenomenalnie ubranych facetów. Włosi, Anglicy, Japończycy - jeśli chodzi o styl i dobry smak to prawdziwa uczta dla oka: w dużej mierze dojrzali mężczyźni, którzy nie boją się eksperymentować, nie przekraczając przy tym granicy dobrego smaku. Na tym właśnie polega świadomość: dwóch facetów może ubrać trudny garnitur – w kratę czy prążki, czy mocne dodatki, ale tylko jeden z nich – ten który umie to nosić, który to czuje – będzie wyglądał dobrze.

Tak byś określił to, czym jest styl?

Dokładnie. To przede wszystkim świadomość własnych warunków, tego, czym jest dla mnie ten strój, a także zrozumienie, że warto zainwestować w lepsze ubrania, bo to jest inwestycja, która się opłaca, zwraca.

MATERIALS_2017/MODA/EXCLUSIVE/[EXCLUSIVE] WYWIAD Z TOMASZEM OSSOLINSKIM/2-ossolinski-shadows-marta-waglewska-lamode-info-044ca883.jpg

fot. Marta Waglewska / Lamode.info

Wskazujesz np. Włoszki jako te, które mają styl i klasę i potrafią za pomocą prostych rzeczy pięknie wyglądać. Z drugiej strony jednak podkreślasz, że nie da się tej włoskości przełożyć bezpośrednio na nasz grunt.

Pierwszy z brzegu przykład: kiedy Polacy chcą wyglądać jak Włosi, zakładają za ciasne garnitury, za krótkie spodnie. Zapał i chęci są, ale ani uroda, ani okoliczności przyrody nie sprzyjają temu, żeby wyglądać w tym tak jak Włoch. Myślę, że Polacy zaczynają to rozumieć. Nawet bardziej mężczyźni wiedzą, co chcą zobaczyć, są bardziej aktywni niż kobiety; widzę to w mojej pracowni i to mi się bardzo podoba.

Ale tego nie można się nauczyć.

Tak, to się ma albo się nie ma. Zawsze powtarzam, że to co jest bezpłatne, to przymierzalnie w sklepach. Trzeba przede wszystkim umieć spojrzeć na siebie obiektywnie: czy ja będę dobrze wyglądać w tym, co mi się podoba na kimś?

Czy mężczyźni są bardziej świadomi od kobiet w poszukiwaniu własnego stylu?

Od kilku lat obserwuję ogromny postęp: mężczyźni są bardzo ciekawi tego, co się w modzie dzieje i jak powinni się nosić. Kobiety stale się uczą, są bardziej zachowawcze.

Jaki jest Twój stosunek do trendów i tego co się dzieje w modzie z zawodowego punktu widzenia: czy odnosisz się jakoś do tego, czy to na Ciebie wpływa?

Mam Facebook i Instagram, jestem na bieżąco z tym co się dzieje, natomiast znacznie bardziej inspiruje mnie i napędza to, co dzieje się w sztuce. Mój strój roboczy składa się z prostych czarnych ubrań, co pozwala mi odpocząć od koloru i nie zastanawiać się, co rano na siebie założyć. Moja ciekawość sięga daleko poza granice samej mody.

MATERIALS_2017/MODA/EXCLUSIVE/[EXCLUSIVE] WYWIAD Z TOMASZEM OSSOLINSKIM/17-ossolinski-shadows-marta-waglewska-lamode-info-bcdf273a.jpg

fot. Marta Waglewska / Lamode.info

Nad czym obecnie pracujesz? Jakie masz zawodowe plany?

Pracownia cały czas się rozwija. A propos nowości – projekt, nad którym pracuję i który za chwile ujrzy światło dzienne, to wydana w Polsce po raz pierwszy płyta z muzyką z pokazów. Wspólnie z wytwornią Warner Music wydajemy Show me – składankę ścieżek dźwiękowych z wielu moich pokazów opakowaną w historię tychże: piękne zdjęcia Magdy Wunche i Agnieszki Samsel składające się na kolekcjonerską edycja.

 

video

POKAZ LOUIS VUITTON RESORT 2018

tagi: Tomasz Ossoliński | wywiad |

podobne artykuły