PL / EN
|EXCLUSIVE| WYWIAD Z RITĄ ZIMMERMANN

|EXCLUSIVE| WYWIAD Z RITĄ ZIMMERMANN

O kolażach inspirowanych snami, współpracy z Gucci i nieustannych podróżach – w rozmowie z polską artystką

Rita Zimmermann jest artystką interdyscyplinarną – tworzy fotografię, video, instalację, performance i collage, jednak to ostatnie medium jest najbliższe jej sercu. Prace jej autorstwa to połączenie elementów surrealizmu, dadaizmu czy pop-artu, sięga w nich po własne doświadczenia i komentuje otaczającą rzeczywistość. Urodziła się i wychowała w Polsce, obecnie mieszka i tworzy pomiędzy Sydney a Nowym Jorkiem; jest absolwentką Wydziału Malarstwa i Multimediów na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

 

Z Ritą spotykamy się w warszawskiej galerii Rabbithole art room w H15 Boutique Hotel, gdzie obecnie można oglądać jej wystawę 13DREAMS. Rozmawiamy o dorastaniu w artystycznym środowisku, modowym backgroundzie i zwrocie ku kolażom, współpracy z Gucci, inspirujących podróżach oraz wielu planach na przyszłość.

 

 

Ewelina Jabkiewicz: Opowiedz nam o wystawie. Dlaczego „13 Dreams”?

 

Rita Zimmermann: Trzynaście, bo urodziłam się 13. grudnia i 13-stka jest dla mnie super szczęśliwym numerem. Trzynasta sala na maturze, stolik nr. 13 (śmiech). Jest to też liczba symboliczna, ale i ważna dla mnie, wierzę w symbolikę cyfr i nie tylko, bardzo często używam symboli w moich kolażach. Poprzez ten zabieg ukrywam różne rzeczy, które często nie są może akceptowalne dosłownie.

 

Marta Waglewska: Obecnie funkcjonujesz w sztuce, ale masz również background modowy.  

 

Moda i sztuka były dla mnie zawsze równoległymi tematami i moim zdaniem, moda powinna być sztuką, ale i dodatkiem do człowieka. To ludzie mówią, a moda stanowi jedynie ich dopełnienie.

 

Jak byłam mała i w Polsce niczego nie było, mama przywoziła Vogue`i i Biby z Mediolanu. Do tej pory zresztą uważam, że włoski Vogue jest najmocniejszy, najbardziej artystyczny. Na nim się wychowałam: to tam pracują moi ulubieni fotografowie – Steven Meisel czy Paolo Roversi, dla których liczy się człowiek i sztuka, a nie to, co się włoży na popularną modelkę.

 

Dorastałam w bardzo artystycznym domu. Moja mama jest architektem wnętrz.

 

M.W. To było silne obciążenie.

 

Tak, ale mama chyba nie za bardzo chciała, żebym została artystką, bo wiedziała, jak to jest trudne, że zostanę na „polu bitwy” sama i zawsze będę musiała walczyć o swoje. Ja jednak od zawsze czułam, że to moja droga i że musze rozwijać się w kierunku tego, co kocham. Nie było łatwo i nie jest, a patrząc z perspektywy czasu mogę dokładnie opisać to pole bitwy, o którym mama wspominała.

 

Trafiłam do XLII Liceum, które było bardzo nastawione na sztukę, literaturę, film, savoir-vivre. Jednym z naszych wykładowców był Profesor Jerzy Sosnowski, który starannie zadbał o naszą wiedzę filmową, począwszy od filmu niemego, poprzez Bunuela, na Lynchu skończywszy. Po szkole zrobiłam sobie roczną przerwę i wyjechałam do Londynu. Jednak wciąż myślałam bardzo intensywnie o sztuce.

 

W Londynie poznałam Chrisa Schwarza, którego już niestety z nami nie ma, ale to on zaraził mnie fotografią i nauczył podstaw, sekretów tej dziedziny, których nie można nauczyć się na kursie. Jeździłam ze swoim analogiem metrem londyńskim czy chodziłam po Camden i po dziewięć, dziesięć godzin fotografowałam ludzi, później robiliśmy korekty. Mnie zawsze pociągał tematycznie człowiek – moja największa nieskończona inspiracja.

 

Rita Zimmermann (fot. Marta Waglewska / LAMODE.INFO)

 

E.J. Potem ukończyłaś ASP?

 

Tak, wróciłam do Polski i po siedmiu miesiącach ciężkiej pracy nad rysunkiem i martwą naturą, dostałam się na Akademię na malarstwo. Wtedy pojawiły się też silne koneksje z modą i czołówka współczesnego polskiego fashion. Wówczaswystąpił też wybór między czystą sztuką a modą. Na pierwszym roku studiów zaczęłam pracować w Elle. Po półtora roku związałam się na dwa lata z Model Plus, wciąż pracowałam też jako freelancer stylista, ale już więcej fotografowałam. Zaczęło się od new face`ów, a później od mniejszego do większego zlecenia, porzuciłam stylizacje i wzięłam aparat do ręki już na stale. Tak też sztuka i moda znalazła połączenie w fotografii i z niczego nie musiałam rezygnować.

 

E.J. W końcu pojawił się kolaż.

 

Zawsze wszystko ze sobą miksowałam. Na trzecim roku malarstwa wybrałam aneks z multimediów, więc zajęłam się też filmem, równocześnie miałam zajęcia z performance`u, rzeźby, instalacji. Łączyłam modę ze sztuką, różne media, tak naprawdę nigdy nie byłam typowym artystą malarzem. Przeszłam chyba przez wszystkie pracownie na Akademii (śmiech): Modzelewski, Tarasewicz… Szukałam takiej, która da mi wolność i zawsze uciekałam od akademickiego stylu. Kolaż pojawił się jednak całkiem niedawno i przypadkowo. W 2013 dostałam zlecenie na sztukę do H15 Boutique Hotel i wtedy właśnie sięgnęłam po tę formę wyrazu.

 

Lubię techniki, które pozwalają mi na szybką reakcję, a więc fotografia, collage. Myśl ma to do siebie, że tak samo jak szybko się pojawia, tak samo szybko znika, dlatego bardzo ważna dla mnie są uważna obserwacja i rejestracja. To tak jak ze snem, jeśli go nie zapiszę, potrafi po chwili już zniknąć.

 

M.W. Na jakiej zasadzie tworzysz kolaże? Są one odrębnymi historiami czy może stanowią zamknięte cykle?

 

Są to cykle, ale zawsze otwarte, często prowadzą między sobą dialog. Pierwszy był "AMERICANDREAM", który jest najbardziej pop-artowski inspirowany collagami Hamiltona. Potem pojawił się drugi cykl "Saving dreams", surrealistyczne wizje senne, które zderzam ze znaną nam rzeczywistością, przeplatające się światy, kształty, rozmiary i symbole. Zawsze miałam dziwne wielowarstwowe sny, dlatego zdecydowanie są dla mnie inspiracją, a im więcej obrazów, tym więcej snów, im więcej snów, tym więcej collage, i tak w kółko. 

 

E.J. Jak doszło do Twojej współpracy z Gucci?

 

W czerwcu otworzyłam wystawę w Galerii Wielkiej w Poznaniu i udzieliłam krótkiego wywiadu promującego wydarzenie. Podczas rozmowy padło pytanie: „co chcę następnego wyciąć?” i od razu pomyślałam o Gucci. Uważam, że Alessandro Michele potrafi doskonale bawić się modą – tworzy świetne kolekcje, cytując różne sytuacje i epoki modowe, a także rozhulał artystycznie branżę kampaniami na social mediach, do których zaprasza różnych artystów z całego świata. Mnie od początku zainteresowała jego estetyka, bardzo podobna do mojej – przeplatające się motywy włoskiego renesansu i baroku, tematy egzystencji, pewien niepokój, ale wszystko ukryte pod warstwami kolorów, graffiti i pop kultury. Kiedy w połowie czerwca dostałam prywatną wiadomość na Instagramie od Alberto, dyrektora social mediów w Gucci, z zaproszeniem do projektu, pamiętam moje zdziwienie, ale i euforię.

 

E.J. Jak wyglądał proces tworzenia tego projektu i skąd czerpałaś do niego inspiracje?

 

Miałam bardzo mało czasu, bo byłam wtedy w Polsce, następnego ranka leciałam do Sydney. Musiałam szybko zebrać materiały, bo to nie miał być collage, ale animacja collagu, a więc coś, czego wcześniej nie robiłam, czyli najpierw koncepcja, a później dobieranie i wyszukiwanie obrazów, co jest procesem odwrotnym do tworzenia samych collage.

 

Zaczęło się od wyboru modelu trampka Ace i stworzenia historii. Ja wybrałam model z sercem i stworzyłam historię o miłości, do której zainspirował mnie trampek. Film otwiera dźwiękowo cytat z „Hymnu o miłości” Zbigniewa Preisnera, a ja pod różnymi symbolami, warstwami papieru i odniesieniami do kultur pokazuję różnorodne oblicza miłości. Mieszam media i łączę kulturę wysoką z niską, baśnie z grami komputerowymi, śmiech z płaczem, bo kontrasty zbliżają i są tak naprawdę też kluczem do zrozumienia całości. Pierwszą inspiracją do całości była jedna z moich ulubionych baśni Hansa Christiana Andersena „Dzikie łabędzie” Myśląc o charakterystycznej zieleni i czerwieni Gucciego, pierwszym silnym skojarzeniem była bohaterka baśni Eliza wyplatająca własnoręcznie koszulki z pokrzyw dla swych jedenastu braci zamienionych w dzikie łabędzie, a więc krew i pokrzywy, a później doszedł płacz, tęsknota i pojawiły się perły... Lubię mix estetyczny, coś z przeszłości mieszam z czymś z przyszłości, tak jak w projekcie Gucci: trochę przetasowuję karty – gry komputerowe, starożytne symbole i pop kultura. Wydaje mi się, że przy zderzeniu kontrastów zawsze rodzi się coś intrygującego, nowe znaczenie lub historia do znanego tematu, przez to też myślę, że całość jest łatwiejsza w odbiorze i dociera do szerszej grupy odbiorców.

 

Przy projekcie dla Gucci współpracowałam z polskim teamem, przy animacji pracowałam z Kubą Sochą z BrosFx, a muzykę stworzył Paweł Miszewski. Współpraca na odległość nie była łatwa i wymagała od nas maksimum skupienia, jednak była nowym, ciekawym doświadczeniem, a ja ponad wszystko kocham nowe wyzwania!

 

 

E.J. Który projekt był dla Ciebie najważniejszy, najbardziej przełomowy w karierze? Któryś cykl kolaży, może współpraca z Gucci, czy zupełnie coś innego?

 

Każdy projekt traktuję jako najważniejszy, bo może kiedyś się nim okazać, każdy otwiera nowe drzwi. Gucci otworzył dla mnie drzwi komercyjne i niekomercyjne jednocześnie. Dostałam w stu procentach wolną rękę, żadnych ograniczeń, totalna swoboda wypowiedzi, a dla artysty nie ma nic lepszego, tym bardziej, że pracując z dużymi firmami komercyjnymi takie sytuacje są rzadkością, a już w szczególności w modzie. Teraz współpracuję z Warner Music przy oprawie wizualnej nowego albumu brytyjskiego zespołu Clean Bandit, który dostał w zeszłym roku Grammy. Tworzymy razem nowy album, jak będzie wyglądał przekonacie się już wkrótce. 21. wyszedł pierwszy singiel „Rockabye” z moim kolażem na okładce.

 

E.J. Co teraz na horyzoncie w temacie kolaży?

 

Seduction, to trzeci cykl, najbardziej zmysłowy, trochę prowokujący ale z dużą dozą sarkazmu, trochę jak stare Playboye z lat 70., z których to głównie wycinam. Po współpracy z Gucci zaczęłam bawić się digitalem i robię krótkie szkicowe filmiki, które możecie zobaczyć na moim Instagramie (@zimmermannrita #zimmermanncut). Czasami lubię wdać się w polemikę z trendem bądź skomentować collagowo newsa, tak powstały moje “PORNPOKE”, czyli moja odpowiedź na wariactwo jakie opanowało świat na punkcie łapania Pokemonów.

 

Na początku roku planuję pierwszą solo wystawę w prestiżowej galerii sztuki w Los Angeles, potem przyjdzie pewnie czas na Nowy Jork, ale jeszcze nie teraz, po pięciu latach w Australii stęskniłam się za Europą.

 

Żyję w ciągłym ruchu. Myślę o powrocie do Afryki, bo to chyba najpiękniejsze miejsce, w którym byłam, pomijając Włochy i Brazylię, które uwielbiam. Moim marzeniem jest otwarcie własnej restauracji gdzieś na południu Włoch i zaszycie się tam ze swoją pracą i myślami. Ale to plany bardzo daleko wybiegające w przyszłość, bo jednak uwielbiam miasto i trudno mi uciec od jego zgiełku.

 

E.J. Podróżujesz po całym świecie. Gdzie spotkamy Cię teraz?

 

Lecę do Londynu, potem Sydney, Brazylia i Polska z powrotem na święta. Planuję, jak wspominałam, powrót do Europy, coraz bardziej skłaniam się ku Londynowi. Coraz częściej też jestem w Polsce, wraz z mamą i bratem stworzyliśmy galerię sztuki, a właściwie platformę artystyczno-designerską – Rabbithole art room. To też studio architektoniczno-designerskie, a jednym z przykładów realizacji jest właśnie H15, w którym się znajdujemy. Teraz będzie tu też więcej mody, zapraszam do śledzenia nas na Facebooku, wkrótce też ruszamy ze sklepem internetowym.

 

Wracając do podróży, to tak naprawdę dla mnie nie liczy się, gdzie jestem, bo i tak mam swoje nożyczki i komputer. Z podróżowaniem jest tak, jak powiedziała Diana Vreeland: „the eye has to travel”. To jest też trochę moje motto – im więcej to moje oko zobaczy, tym więcej oczu usatysfakcjonuje

tagi: Rita Zimmermann | sztuka | wywiad |

podobne artykuły