lamode > MODA POLSKA > OSOBOWOŚCI > ALICJA KOWALSKA – DEMOKRATYCZNA MIŁOŚĆ DO MODY
Lamode.info

ALICJA KOWALSKA – DEMOKRATYCZNA MIŁOŚĆ DO MODY

ALICJA KOWALSKA – DEMOKRATYCZNA MIŁOŚĆ DO MODY

Dodane przez Katarzyna T.
01 Wrzesień '11

Alicja Kowalska jest absolwentką teatrologii w warszawskiej Akademii Teatralnej. Jej przygoda z modą rozpoczęła się, gdy podjęła pracę stylistki w miesięczniku Pani. Razem z Filipem Niedenthalem stworzyła kultowy magazyn Viva!Moda, w którym była redaktor naczelną w latach 1998-2006. Następnie przez dwa lata prowadziła dział mody w magazynie Joy, by później wyjechać do Londynu i pracować jako asystentka takich stylistów, jak Sarah Richardson, Cathy Kasterine i Panos Yiapanis. Po przygodzie z Anglią na krótki czas wróciła do Pani, a teraz zastąpiła Martę Kalinowską na stanowisku szefowej działu mody w magazynie ELLE.

 

 

Spotykamy się z Panią ze względu na zmiany, które zaszły w Pani życiu w ostatnim czasie. Objęła Pani stanowisko szefowej działu moda ELLE zastępując tym samym Martę Kalinowską, którą niegdyś to Pani wprowadziła do środowiska dziennikarstwa modowego. Jak się teraz Pani czuje, zastępując ją w ELLE? Czy jest to dziwne, czy raczej naturalne?

 

Nie czuję, żeby przejęcie stanowiska po byłej asystentce było czymś dziwnym. Jestem w branży już niemal od piętnastu lat, więc siłą rzeczy ktoś młodszy stażem czy wiekiem może zajmować stanowisko równoległe do mojego. Mam do tego wszystkiego spory dystans i zawsze jestem dumna z moich byłych asystentów. Marcie zawsze bardzo kibicowałam, cieszyłam się, gdy objęła stanowisko w ELLE, teraz też trzymam za nią kciuki.

 

 

Jakie wyzwania napotkała Pani rozpoczynając pracę w ELLE? Jakie pragnie Pani napotkać?

 

ELLE to czwarty tytuł, w którym jestem. Praca w każdym z nich sprowadza się do tego samego, czyli redagowania stron o modzie. Trudności mogą wynikać z dostosowania się do wymagań tytułu, ponieważ każdy magazyn ma swoją politykę, a ELLE ma wytyczne międzynarodowe, dotyczące profilu pisma. To jest po prostu coś, czego należy się nauczyć. 

 

 

Czy zatem można powiedzieć, że w piśmie będzie widoczny Pani charakter? Czego mogą oczekiwać wierne czytelniczki ELLE? Co może im Pani obiecać?

 

O radykalnych zmianach w piśmie decyduje wydawca i redaktor naczelny, a nie szef działu mody. Postaram się robić modę w stylu ELLE – najlepiej, jak potrafię. Z pewnością jednak będzie ona inna od tego, co robiła Marta, ponieważ jesteśmy różnymi osobami. 

 

 

Panuje przekonanie, że w środowisku modowym liczą się kontakty, a zlecenia otrzymuje stałe, zamknięte grono osób. Czy to prawda? Czy jest szansa, że teraz w ELLE pojawi się więcej sesji zdjęciowych młodych artystów?

 

Oglądając portfolia potencjalnych fotografów mody rzadko widzę zdjęcia, które mówią mi, że ich autor ma dobry gust i że zna się na modzie. Wielu fotografów nie myśli także o tym, że idąc do jakiegoś pisma ze swoją teczką, można przygotować takie zdjęcia, które są w duchu danego pisma - tak, byśmy my chcieli podobne opublikować. ELLE daje szansę młodym fotografom od zawsze, ale otrzymają ją jedynie ci, którym warto ją dać. A takich niestety pojawia się niewielu.

 

 

Wraz Filipem Niedenthalem stworzyła Pani kultowy magazyn Viva! Moda. Jak technicznie wygląda zakładanie pisma modowego w Polsce od zera?

 

O to można zapytać Iwonę Czempińską, która stworzyła, od początku do końca, bardzo prestiżowy i znany również w Stanach, nieistniejący już tytuł A4. W dużym wydawnictwie, takim jak Edipresse (które wydaje VIVĘ!) inicjatywa wydania dodatku czy nowego tytułu pochodzi od prezesa firmy lub od zarządu.

 

Stworzyliśmy ten magazyn w czasach, gdy nie istniały popularne dzisiaj liczne portale modowe, w Warszawie były dwa luksusowe butiki na krzyż, a pismo Colezzioni kosztowało 300 złotych. My chcieliśmy stworzyć właśnie coś takiego, ale dostępnego dla każdego, by można było przejrzeć aktualne kolekcje. Powstał więc katalog mody, 150 stron o trendach, które wspólnie wybieraliśmy. To było emocjonujące, ponieważ zdawaliśmy się na nasze wyczucie, nie korzystając z zagranicznych publikacji. Potem natomiast mieliśmy niesamowitą satysfakcję, gdy okazywało się, że nasze wybory pokrywają się z tymi ze światowych magazynów, lub gdy otrzymywaliśmy pozytywne recenzje z zagranicy – bo naprawdę je dostawaliśmy. Mieliśmy niesłychaną ambicję i to zbudowało to pismo. Dzisiaj Viva! Moda jest zupełnie innym magazynem. Spełnia zupełnie inne założenia.

 

 

W czym tkwi Pani zdaniem siła polskich projektantów, młodych talentów? Marta Kalinowska podkreśla, że najistotniejsze jest to, by moda była „nasza”, „polska”.  

 

Zgadzam się w stu procentach. Studiuję właśnie zarządzanie modą w Akademii Leona Koźmińskiego, jest to kierunek prowadzony we współpracy z włoską szkołą Polimoda. Przyjechała do nas ostatnio Włoszka, która powiedziała: „nie próbujcie robić mody włoskiej, bo nigdy wam się to nie uda. Pokażcie nam, kim jesteście, co umiecie robić najlepiej i powiedzcie to głośno.” To były wzruszające zajęcia – zastanawialiśmy się, czym jest piękno dla Polaków. Myślę, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi, warto wsłuchać się w siebie, nie kopiować, ale proponować coś nowego. Naszą siłą jest natura wrażliwców, słowiańska dusza i możliwości, które tutaj wbrew pozorom istnieją, a których często nie doceniamy.

 

 

Czy ktoś w widoczny sposób zapisuje się w historii mody polskiej? Które osobowości ceni Pani najbardziej?

 

Chciałabym wymienić osoby, o których zwykle się zapomina. Stylistów, makijażystów, dziennikarzy – żyjących trochę w cieniu bardziej popularnych projektantów czy fotografów.

 

Bardzo cenię Mikołaja Komara (jest redaktorem naczelnym KMag) za konsekwencję, upór i zdolność do realizacji swoich projektów. Wymienię też Adama Gutowskiego (dziś prowadzi concept store Horn&More) i Monikę Jaruzelską – pionierów zawodu stylisty w Polsce. Cenię stylistę Marka Adamskiego. Muszę wspomnieć też o Filipie Niedenthalu - gdyby istniała polska edycja Vogue’a, to powinien go prowadzić właśnie on. To wybitny znawca mody, świetnie pisze i ma ogromną wiedzę. Przychodzą mi też do głowy zdolne i skromne makijażystki, Gonia Wielocha i Julita Jaskółka.

 

 

Czy wybór projektów na poszczególne sesje to wynik prywatnych relacji, że się kogoś lubi? Od czego jest to zależne?

 

Dobry stylista nie pokazuje tego, co mu się podoba prywatnie tylko to, co obiektywnie zasługuje na uwagę. Dziwią mnie dziennikarze mody, którzy nie doceniają marek odzieżowych, bo by się w nie nie ubrali... Kiedy powstaje sesja mody, najpierw musi być pomysł. Źródłem inspiracji może być dosłownie wszystko. Na przykład stworzyłam kiedyś sesję inspirowaną wpadką Edyty Górniak, gdy obsunęła jej się sukienka bez ramiączek i widać było plastry, które miały ją utrzymać na ciele. Wszyscy się z niej śmiali, a mi było jej żal - wiedziałam po prostu, że stała się ofiarą braku możliwości. Powstała więc sesja, przy której napisałam „Odklejcie się od Edyty, plastry są bardzo inspirujące”. Pierwsze zdjęcie nawiązywało wprost do tej sytuacji, a później już pociągnęłam motyw plastra w stylizacji.

 

Często inspirują mnie albumy fotograficzne - na przykład z Jackiem Porembą stworzyliśmy przed laty sesję, która powstała po obejrzeniu przeze mnie albumu japońskiej fotografii z XIX wieku.

 

 

Temat sesji jest inicjatywą stylistek?

 

Tak. Każda stylistka (w ELLE jest nas trzy) robi sesję raz na kwartał. Punktem wyjścia są trendy, bohaterka, klimat… Potem szukamy fotografa, którego estetyka najlepiej pasuje do tematu, a następnie pomysł przedstawiamy do akceptacji redaktor naczelnej.

 

 

Oczekując kolejnego Fashion Week w Łodzi, podsumowujemy ten, który odbył się w maju. Która kolekcja była dla Pani objawieniem, a która rozczarowaniem?

 

Hitem oczywiście był pokaz Zuo Corp. - wszyscy już o tym pisaliśmy. Podobała mi się kolekcja Bohoboco, w moim odczuciu to była dobra komercja, fajnie wystylizowana przez Różenę Opalińską z ELLE. Rzuciło mi się w oczy, że ci projektanci nie silą się na wielką sztukę, tylko chcą nas ubrać, również na życie, nie tylko off’owo, ale i na co dzień. Jestem fanką łódzkich pokazów Konrada Parola. Najbardziej bliska mi okazała się jednak kolekcja Wioli Wołczyńskiej. Prawdopodobnie u niej kupiłabym coś dla siebie.

 

 

W jaki sposób Fashion Week ma wpływ na polską modę? Co daje projektantom – zarówno tym debiutującym, jak i „weteranom”?

 

Ta impreza daje szansę młodym projektantom, którzy nie mogą sobie pozwolić na zorganizowanie pokazu. Kosztuje to co najmniej kilkadziesiąt tysięcy złotych, a mało kogo na to stać.

 

Wielu twórców, co smutne, wciąż nie myśli o modzie jako o biznesie. Nasz Fashion Week dużo porządkuje, uczy tego, że modę tworzy się z pewnym wyprzedzeniem i uświadamia na przykład, że pokazywanie kolekcji jesiennej we wrześniu to zdecydowanie za późno. Zwłaszcza w stosunku do tego, co dzieje się na świecie.

 

 

Na ile w stosunku do prasy konkurencyjny jest Internet? Niektórzy przedstawiają go jako zagrożenie – choć nie do końca jest pewne, czy można tak mówić. Być może polskie edycje największych tytułów będą się pokazywać już w wersji elektronicznej…

 

Jeżeli dziennikarze czują zagrożenie ze strony Internetu, to chyba zapominają, jaka jest nasza rola. Przekazujemy informacje i formułujemy opinie, a miejsce, w którym tekst zostanie opublikowany nie powinno mieć większego znaczenia.

 

Internet jest fantastycznym medium, można przecież sprawdzić, czy ktoś faktycznie przeczytał artykuł, wiedząc, ile czasu spędził przy tej jednej stronie. Możemy policzyć, ile osób go przeczytało. W prasie drukowanej nie mamy takiej szansy. Nie wiemy, ile osób kupuje gazety i magazyny z przyzwyczajenia, a ile faktycznie je czyta. Odkrywam przewagę Internetu prowadząc bloga. Sama decyduję o temacie tekstu, mogę wrzucić film nakręcony telefonem komórkowym, wywiad nagrany iPhone’m, opublikować zdjęcia i odwołać się bezpośrednio do tego, o czym piszę, korzystając z linków.

 

 

Dlaczego prowadzi Pani bloga? Czy jest to rodzaj terapii, odpoczynku, wieczornego relaksu?

 

Z potrzeby komentowania świata mody. Pomyślałam sobie, że znam tyle różnych osób z branży i bywam na pokazach, oraz na backstage’ach, gdzie wiele interesujących się modą osób nie ma wstępu. Mam informacje z pierwszej ręki i na blogu mogę przekazać je innym. Blog nie jest o mnie, tylko ode mnie. Pracując w ELLE mogę wspomnieć o tym wszystkim, co nie znajduje miejsca na łamach pisma, pisać o młodych twórcach czy mniej komercyjnych wydarzeniach.

 

Sprawia mi to dużą frajdę, zdarza się, że piszę po nocach. Może kiedyś będę pisać więcej. Póki co, staram się, by nowe teksty ukazywały się dwa razy w tygodniu.

 

 

Jak „redaguje” Pani swój prywatny czas? Czy ma Pani swoje ulubione miejsca w Warszawie, w Polsce, na świecie?

 

Bardzo lubię Dolinę Kościeliską i polskie Tatry – mimo, że mam lęk przestrzeni i słabą kondycję. Daje mi to dużo zabawy z samej siebie, zwłaszcza, gdy mijają mnie podskakujące pięciolatki, a ja trzymam się kurczowo ściany, chociaż właściwie nie mam dokąd spaść. Spacery w Tatrzańskim Parku Narodowym są dla mnie bardzo stymulujące. Tam jest pięknie!

 

Lubię spacerować po Warszawie, mam też ulubione miejsca w Paryżu, zatrzymuję się zawsze w dzielnicy Saint Germain, gdzie znam tani hotel, pięć minut od butiku Dries van Noten. Zawsze odwiedzam L’Eclaireur, jednak więcej mam ulubionych ścieżek, utartych szlaków, niż konkretnych sklepów czy lokali.

 

 

Czy ma Pani swój prywatny must have?

 

Nie mam modowego must have i nikomu tego nie życzę. Dążę raczej do wolności, nie do przywiązania.

 

 

Dziękujemy za rozmowę.

 

Zdjęcie główne: Wunsche&Samsel

Wszelkie prawa zastrzeżone lamode.info 2010 ©
WYKONANIE:
Przeagencja