lamode > MODA POLSKA > OSOBOWOŚCI > JOANNA HORODYŃSKA - KOBIETA À LA MODE
Lamode.info

JOANNA HORODYŃSKA - KOBIETA À LA MODE

JOANNA HORODYŃSKA - KOBIETA À LA MODE

Dodane przez Weronika Płocha
27 Kwiecień '13

Z Joanną Horodyńską spotykamy się w jej warszawskim mieszkaniu, urządzonym z klasą i pomysłem. Polska trendsetterka ma na sobie kambodżańską pidżamę i srebrne szpilki, a całość stylizacji (wprost nie do uwierzenia) koresponduje ze stylem, w którym urządzony jest salon. Przy filiżance kawy rozmawiamy o doświadczeniu, kontrowersyjnych programach, modzie na szokowanie i przyjaźni z MMC. To kolejna Kobieta À La Mode, którą cenimy za całokształt. 

 

Zacznijmy od początku - jak trafiłaś do modelingu i dlaczego dość szybko z niego zrezygnowałaś?

 

To był zupełny przypadek. Pamiętam, że trafiłam do modelingu przez jeden z pierwszych konkursów organizowanych w Polsce przez magazyn „Dziewczyna”. Koleżanki wysłały zdjęcia, które zrobiły mi w ogrodzie przy domu w Tychach. Pamiętam je dokładnie – pozowałam w kostiumie kąpielowym między sadzonkami pomidorów. Kostium miał kolorowe niczym tęcza pasy i naprawdę nie wiem dlaczego, udało mi się przejść z tym zdjęciem do półfinałów. Być może w tamtych czasach moja sylwetka była imponująca (śmiech). Fotografia była lekko żenująca, ale na pewno z pomysłem.

 

Współorganizatorem konkursu była agencja z Hamburga. Na półfinałach, tuż po sesji zdjęciowej, ludzie z agencji wybrali właśnie mnie. Według nich miałam to "coś". Wygrałam wyjazd do Hamburga, gdzie miałam możliwość zrobienia profesjonalnej książki.

 

Całkowicie przeniosłaś się do Hamburga?

 

Tak, chodziłam tam też do liceum. W tym czasie okazało się, że bardziej niż modeling pociągały mnie inne  hobby. Poza tym inne dziewczyny były tak odrealnione, wysokie, smukłe, że gdzieś tam krytycznie zdałam sobie sprawę, że to nie jest branża dla mnie. Wróciłam więc do Polski i ukończyłam liceum już w Katowicach.

 

Jednak po pewnym czasie znów trafiłaś do branży?

 

Historia wyglądała tak, że jadąc pociągiem do Warszawy na egzaminy z historii sztuki spotkałam w przedziale kolegę, który pracował jako booker w agencji Foto Kino Film (która później przekształciła się w Model Plus Darka Kumosy). Zaczęliśmy rozmawiać o modelingu, konkursie, koniec końców zapytał czy mam zdjęcia i czy chciałabym się związać z agencją. W tamtych czasach zrobienie książki było nie lada wydatkiem, ale ja miałam ją bardzo profesjonalnie przygotowaną w Hamburgu. Spotkaliśmy się i Darek Kumosa przyjął mnie do Foto Kino Film. Pamiętam, że zaczynałam, kiedy pracowały tam same gwiazdy – Agnieszka Maciąg, Agnieszka Martyna… Ja byłam totalną małolatą i to było coś.

 

Z ramienia agencji znalazłaś się w Paryżu?

 

Tak, to były właśnie te czasy. W Paryżu bardzo dużo pracowałam dla Thierry Muglera (który później zwariował), byłam jego sztampową modelką, robiąc z nim fittingi,  duże pokazy, showroomy. Podobnie jak z Sonią Rykiel, która była mną zachwycona, bo przypominałam jej Helenę Christensen. Przez dwa lata robiłam dla niej większość rzeczy. Była taka młodsza linia Sonia Rykiel Inscription, przy której pracowałam.

 

Mugler lubił we mnie to, że byłam kobieca i niewychudzona, a to właśnie było w przededniu mody na chudość na wybiegach. Ja była zagrabna, ale nie chuda. Być może dlatego moja kariera wyhamowała, choć w agencji radzono mi żebym przeczekała, że androginia nie potrwa długo i wróci moda na kobiecość. Wróciłam więc po intensywnej pracy w Europie do Polski.

 

I co czekało Cię w Polsce?

 

Koleżanka umówiła mnie na casting do Atomic TV, mówiąc, że poszukują prezenterki do programu związanego z modą i muzyką. Poszła i dostałam się do telewizji. Po niecałych dwóch latach Brytyjczycy wykupili Atomic TV na rzecz znanego wszystkim MTV. To był dobry ruch, dobra platforma i oddani widzowie. Przeszły programy o największej oglądalności, w tym te, które prowadziłam, był to m.in. kontrowersyjny Pieprz, gdzie siedziałam przed kamerą w wannie pełnej piany (śmiech). Pamiętam, że nawet sam Michał Ogórek napisał o tym pierwszostronicowy artykuł w Wyborczej. Kontrowersyjne plakaty, skandalizujące hasła to było coś w tamtych czasach.

 

Joanna Horodyńska kobieta a la modefot. Jakub Pleśniarski/LAMODE.INFO

 

Dlaczego zdecydowałaś się pójść w stronę kontrowersji?  

 

Zawsze lubiłam być kobieca i kokieteryjna, taka trochę balansująca na granicy. Nie miała problemu z pokazywaniem swojego ciała, można to robić w sposób nie ostentacyjny, nie wulgarny. Takie profesjonalne podejście dał mi modeling. Ta otwartość nie każdemu się podobała jak to zwykle bywa. Jeszcze pracując w Paryżu dostałam na przykład propozycję sesji do Playboya. Fotografował Wojtek Glinka, nie używał Photoshopa, nie było tony podkładu i to się wtedy podobało. W większości biało czarne zdjęcia, coś w kierunku dzisiejszego 25 magazine. Miłe wspomnienia. Ten pierwszy Playboy otworzył mi drzwi do innych sesji, pracowałam z najlepszymi w branży, w tym z Piotrkiem Porębskim i makijażystką Beatą Milczarek. Nie byliśmy niesmaczni, byliśmy profesjonalni. Zależało mi nie tyle na kontrowersji, co na byciu ciepłą i seksowną zarazem, a program Pieprz wielu wspomina z nostalgią. Teraz nie szokuje się w dobrym tego słowa znaczeniu.

 

Czy to oznacza, że szokowanie wyszło z mody?

 

Obecnie jest czymś normalnym, zwyczajnym. To mnie bulwersuje, bo takie szokowanie jest pozbawiona smaku, płaskie i bezbarwne. To nie polega na pokazywaniu się w sukience bez stanika pozując przed fotoreporterami.

 

Po zakończeniu emisji Pieprzu zostałaś w MTV?

 

Tak, ponieważ zajęłam się stylizacją prezenterów. Ówczesny szef Jarek Burdek dał mi szansę i tak zaczęła się moja kariera stylistki. Zajmowałam się garderobą m.in. Marcina Prokopa i Beaty Sadowskiej, a na bazie tej pracy zaczęłam dostawać mnóstwo propozycji związanych z niezależnymi projektami, z byciem trendsetterką. Miałam bardzo duży, głośny projekt dla trendsetterki z Maybelline. Początek był więc w MTV, swoją drogą wychowałam się na wszystkich tych szalonych klipach, przekraczaniu granic, odwadze o którą w tamtych czasach było trudno. Zawsze towarzyszyła mi też umiejętność łamania konwenansów, łączenia detali, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego, zespalania nierealnych kolorów.

 

To definiuje Twój styl?

 

Myślę, że tak i że właśnie dlatego jest on taki eklektyczny, ciągle się zmienia, jest szalony. To taki symbol czasów.

 

 

Joanna Horodyńska kobieta a la modefot. Jakub Pleśniarski/LAMODE.INFO

 

Kto jest Twoim autorytetem w modzie? Wiem, że jednym z nich na pewno Twoja mama?

 

Swego czasu uważałam, że takimi ikonami są Kate Moss, Alexa Chung czy Oliwia Palermo. Ale dziś muszę przyznać, że ktoś taki nie do końca dla mnie istnieje. Oczywiście moja mama – jest niesamowicie odważna i choć zajmuje się tak odległą od mody dziedziną (jest profesorem ekonomii) zawsze jest barwnym ptakiem w morzu szarych garniturów.

 

Inspirację jednak czerpię ze wszystkiego – ulicy, osoby, dźwięku, koloru. Jestem otwarta na wszystko, nie chcę kopiować.

 

Których projektantów cenisz?

 

Dzięki MMC odkryłam modę, której nie rozumiałam wcześniej. Wiem dzięki nim jak dziś chcę wyglądać, jakie formy mnie interesują. Nie chcę być tylko i wyłącznie seksowną kobietą, potrafię osiągać sensualny wygląd nieco inaczej. Odnalazłam dzięki tej marce zupełnie inny sposób myślenia o kreacjach na czerwony dywan, można przecież inaczej, a ubranie często daje wolność. Wiele zawdzięczam temu duetowi, bo dzięki niemu odkryłam siebie w modzie na nowo.

 

Jak na siebie wpadliście?

 

Poznaliśmy się przez stylistę Marcina Dąbrowskiego, z którym znałam się jeszcze z czasów MTV. Zaprosił mnie do Łodzi do swoich znajomych, którzy okazali się być wtedy jeszcze trio MMC (Ilona, Małgosia i Rafał). Pojechaliśmy świętować urodziny Gosi w leśnym domku Rafała, poznałam tam też wtedy Kasię Sokołowską. Kasia niosła białe balony, my szampana, a urodziny były fantastyczne.

 

Coś zagrało, zaczęliśmy do siebie dzwonić, spotykać się wspólnie. Był też moment, trochę wcześniej, w którym MMC robiło pokaz w Warszawie, a zaproszona gwiazda stroiła fochy, zadzwonili więc po mnie i zgodziłam się wystąpić, choć nie znałam wcześniej ich mody. Poszłam w pokazie w hotelu Marriott i już tak od dziesięciu lat współpracujemy ze sobą. Mam takie poczucie, jakbyśmy znali się zawsze, żartujemy nawet czasem, że na starość zamieszkamy w jednym domu, gdzie będziemy urządzać pokazy mody i prelekcje (śmiech). Przynajmniej jest na co czekać!

 

Wspomniałaś, że lubisz wybierać niesztampowe kreacje zarówno na wielkie wyjście jak i na co dzień. Z tego powodu w Polsce spada na Ciebie czasem fala krytyki, jak sobie z nią radzisz?

 

Jest wiele gwiazd, które noszą drogie i niesztampowe rzeczy, ale jakoś na mnie zawsze to  „boli” najbardziej. Wydaje mi się, że nawet moda MMC przez tak zwanych zwykłych ludzi, odbierana jest w odrealniony sposób. Tu za dużo, tam za mało, zaburzone proporcje itp. Nie zawsze trzeba mieć przecież sukienkę tubę i cieliste szpilki, żeby móc wyjść z domu.

 

Na początku przejmowałam się trochę krytyką, ale dziś wydaje mi się, że nawet jeśli moja grupa hejterów się zwiększa, to mi to nawet pasuje. Nienawiść wynika pewnie z faktu, że sama krytykuję. Ubrania nie są dla mnie najważniejsze w życiu,  więc mam do tego wszystkiego dystans. Moje stylizacje naprawdę często wymyślane są w pięć minut, nie spędzam nad rozmyślaniami godzin. Nie rozumiem tylko tego, że nawet jeśli jakiś zestaw ludziom się nie podoba, bo nie jest w ich stylu, nie są w stanie przyznać, że to jest zwyczajnie jakieś.

 

Joanna Horodyńska kobieta a la modefot. Jakub Pleśniarski/LAMODE.INFO

 

Czy w tym świetle to, że sama jesteś krytykiem gwiazd, jest jakąś formą odreagowania?

 

Niekoniecznie. Staram się nie wrzucać w to żadnych emocji. Powiedzmy, że jeśli ktoś kiedyś zaszedł  mi w pracy za skórę, ta osoba nie pojawia się w moich rankingach w rubryce i programie. Czuję się tak, jakby krytykowanie było ze mną od zawsze, jakbym właśnie to miała zawodowo robić. Kiedy dostałam propozycję od Anety Wikariat, szefowej Party, żeby stworzyć własną rubrykę ze stylizacjami gwiazd, poszłam w to od razu. Odkryłam swoją kolejną drogę związaną z modą, a staram się tę modę dotykać z różnych stron. Ale faktycznie, jest tak, że zawsze postrzega się mnie jako „tą, która krytykuje gwiazdy”. Nie mam problemu z zabraniem głosu, mam po prostu coś do powiedzenia. Moja rubryka w Party działa, jestem tą osobą, która mówi, jako jedna z niewielu w Polsce, co i jak noszą gwiazdy.

 

Mówisz o dotykaniu mody z różnych stron, zajmujesz się wieloma jej aspektami. Stylizujesz jako personal shopper? Nie chciałabyś robić sesji w magazynach?

 

Jestem zapraszana do wielu projektów, ale najwięcej czasu zajmuje mi stylizacja klientek indywidualnych. Wyjeżdżam z nimi, zmieniam garderobę, doradzam, rozmawiam, kupuję dla nich przez Internet, bo mam sporo kontaktów w butikach internetowych. Mam wtedy szansę załatwić coś bardzo szybko.  

 

Jeśli chodzi o sesje w magazynach – nie jestem związana z żadnym na stałe, oprócz dwutygodnika Party. Jestem jednak współpracownikiem Party, trudno więc zatrudniać mnie w innych konkurencyjnych tytułach, także dlatego, że moja rubryka ma mocny wydźwięk.

 

Bardzo dużo sesji robiłam dla Apartu, cały czas współpracuję z Gattą. Teraz pojawi się poradnik o rajstopach mojego autorstwa, nad którym pracowałam non stop przez trzy miesiące, czas spędzając na sesjach i w bibliotece. Prócz sesji, stylizacji, jestem więc również doradcą.

 

W stylizacjach zajmuję się również wizerunkiem kilku gwiazd. Nie mogę jednak zdradzać, co to za gwiazdy, bo będą one oceniane przez mój pryzmat. Jak się okazuje, kiedy nie ma informacji o tym kto stylizował, wszystkie gwiazdy wyglądają pięknie (śmiech). Kręcą mnie też pokazy mody. Oprócz tego mam swój program "Gwiazdy na Dywaniku" z Adą Fijał i, w związku z tym, ogromnie dużo pracy.

 

Stylizujesz także mężczyzn?

 

Stylizowałam swego czasu dwóch sportowców, jednak wolę skupić się na modzie damskiej. Nie wierzę do końca w to, że można robić dobrze jedno i drugie. Są inni specjaliści od mody męskiej, ja zajmuję się profesjonalnie damską.

 

Rozmawiałyśmy o tym, że masz dobre kontakty w różnych sklepach internetowych. Gdzie kupuje Joanna Horodyńska?

 

Najmniej zakupów robię teraz w net-a-porter. Ostatnio sporo kupuję na portalu rustyzipper, to kopalnia skarbów vintage, która inspiruje wielu światowych projektantów. Matchesfashion to z kolei miejsce, w którym znajdę ubrania i dodatki z listy must have, które często nie są dostępne już gdzie indziej (ale przez to wszystko nieco droższe). Lubię też Louisviaroma i Mytheresa.com.

 

W kwestii wyjazdów shoppingowych – zdecydowanie Florencja. Często wyjeżdżam tam na towarzyskie zakupy w gronie przyjaciół. Ostatnio kupiłam, właśnie we Florencji, sandały Prada, za które zostałam już skrytykowana. (śmiech) Zakupy nie powinny być na poważnie, to przecież powinna być zabawa.

 

Czy prócz MMC kupujesz polską modę?

 

Lubię ZUO Corp., może dlatego, że nieco przypomina mi styl, który preferuję. Są rozbudowane formy, powiększona sylwetka, ramiona i rękawy. Skupienie na efektownym detalu. Nawet jednak polska moda może się okazać kontrowersyjna w naszym kraju – pamiętam swoje wyjście na koncert Lany del Rey, w pudełkowym żakiecie ZUO Corp., koszuli w granacie i srebrze i szerokiej spódnicy. Zostałam nazwana policjantem polskiej mody (śmiech). ZUO Corp. to coś co jednak gra mi w duszy.

 

Cenię też Anię Kuczyńską, którą znam z dawnych lat. Poznałyśmy się w MTV, gdzie stylizowała, potem chodziłam w pierwszym domowym pokazie, zaraz po jej powrocie z Paryża. Szłam wtedy po domowym wybiegu w sukni ślubnej.

 

Chodziłam też w pierwszych pokazach Tomka Ossolińskiego, jeszcze jako piętnastolatka! Wyglądałam wtedy jak Pocahontas, co do tej pory wspominamy z uśmiechem. Pracowałam także ze słynnym Arkadiusem – szłam tylko i wyłącznie w obcisłych białych szortach, z warkoczem i w czepku na głowie, bo kolekcja była inspirowana folklorem. Swoją drogą pokaz zorganizowano w BUWie.

 

Parcuję w tym biznesie od 17 lat. Mam masę doświadczeń i projektów na koncie. Nie uzurpuję sobie prawa do krytykowania, ale gdzieś na pewno mam większe zaplecze, żeby to robić. Broni się doświadczenie, to co widziałeś, robiłeś.

 

Joanna Horodyńska kobieta a la modefot. Jakub Pleśniarski/LAMODE.INFO


Wyobrażasz sobie czasami, co byłoby gdybyś nie trafiła do branży mody?

 

Jest taki film „Przypadkowa dziewczyna” z Gwyneth Paltrow. Dzieją się tam równolegle dwie historie, obie oparte na tym, co by było gdyby. Co byłoby gdybym została w Paryżu (miałam tam przecież dom, narzeczonego, pracę) – myślę, że nie zrobiłabym jakiejś wielkiej kariery w modelingu. Być może udałoby mi się w filmie, ale wróciłam. Być może wydawało mi się, że ktoś pociągnie mnie za rękę.

 

Cieszę się, że wróciłam. To jest niesłychanie wartościowe jeżeli mamy możliwość pracy u siebie, ale z częstymi kontraktami za granicą. Zawsze mogę wyjechać, jednak wolę być tu w Polsce, wśród przyjaciół, tutaj jest bezpiecznie. Może powinnam być bardziej otwarta, ale tak jest dobrze, mam dojrzałe spojrzenie, szersze.

 

Jestem sobą, nie chcę nikogo udawać. Od tego się wariuję, a ja stąpam po ziemi pewnie i twardo i nigdy nie będę niczego grać.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Sponsorem akcji Kobieta À La Mode jest marka Roberto Cavalli.

Wszelkie prawa zastrzeżone lamode.info 2010 ©
WYKONANIE:
Przeagencja